Historia na pozór banalna. Do posiadłości rodu Iyi przybywa ronin Hanshiro Tsugumo, w tej roli niewiarygidny Tatsuya Nakadai, i prosi o łaskę popełnienia rytualnego samobójstwa. Wyjaśnia dostojnikowi Kageyu Saito, że dosyć ma życia niczym zwierz oraz prosi jego oraz obecnych samurajów o asystę. Klan Geishu, do którego należał został rozwiązany przez szoguna z powodu remontu zamku i 12 tysięcy samurajów wraz z rodzinami straciło dom i właściwy im sposób zarobkowania. Jako, że całkiem niedawno zakończyła się wielka wojna o władzę i zjednoczenie kraju – sengoku jidai – znaleźć nowy klan było niepodobna. W związku z tym doświadczeni wojownicy musieli zmienić się w wytwórców parasoli, nauczycieli chłopskich dzieci, czy kogoś im podobnych. Kryzys panujący w Japonii na początku XVII wieku zmuszał niedawnych samurajów do zachowań desperackich. Jednym z nich było właśnie rytualne samobójstwo. Czasem daymio podniesieni na duchu przez honor wojownika, przyjmowali takiego do klanu. Częściej jednak kładli im na progu drobne sumy pieniędzy i pozbywali się kłopotu. Niektórzy jednak postępowali zupełnie inaczej. Klan Iyi postanowił działać odstraszająco, w związku z czym pan Saito opowiada historię jaka zdarzyła się kilka miesięcy wcześniej.
Pewnego styczniowego popołudnia dostojnicy klanu Iyi zostali poproszeni o to aby asystowali w seppuku roninowi o nazwisku Motome Chijiiwa. W wyniku narady postanowiono odstraszyć innych i zaofiarowano mu rytualne szaty oraz asystę. W międzyczasie młodzi szermierze odkryli, że ronin nosił bambusowe miecze. Postanowiono, że to właśnie jednym z tych „ostrzy” otworzy sobie brzuch. Zmuszony groźbą posiekania na plasterki Chijiiwa podejmuje klika prób zanim bambusowe „ostrze” przebija skórę i mięśnie brzucha. Nie zrażony tą opowieścią Tsugumo nie rezygnuje i konsekwentnie dąży do honorowej śmierci. Prosi jednak aby czcigodni świadkowie wysłuchali historii jego upadku. Jego pierwsze słowa brzmią: „Były wojownik Geishu, Motome Chijiiwa, był trochę roztargnionym chłopcem.” A Tsugumo przybył po zemstę.
Nie zemsta, ani samobójstwo bambusowym mieczem jest w tym filmie najbardziej wstrząsające ale władza. W feudalnej Japonii od XVII do połowy XIX wieku panami życia i śmierci byli szogunowie z rodu Tokugawa. Gdy jakiś klan wyrastał ponad przeciętność, jego daymio musiał sobie rozciąć brzuch, zaś jego podwładni tracili domy i źródła zarobkowania. Oni sami i ich żony musieli podjąć pracę za psie wynagrodzenie i bez widoków na lepszą przyszłość. Niedożywieni i wyziębieni razem z żonami i dziećmi - chorowali i umierali. Jedyną nadzieją było posiadanie urodziwej córki, którą można było korzystnie ulokować w łożu bogacza.
Czy to czegoś nie przypomina? Ten syf, ta beznadzieja jest niezwykle podobna do tego co obserwujemy w dzisiejszej Polsce. Bezsilność rodziców, którzy tracą - na dłuższą chwilę - swoje dzieci z powodu decyzji mandarynów z państwowych urzędów albo - ostatecznie - z powodu opieszałości darmowej ponoć służby zdrowia. Tysiące ludzi traci co miesiąc pracę, zaś mandaryni na stołkach przyznają sobie sute nagrody. A po tragedii, podobnie do Kageyu Saito, obijają sobie dupy blachą, tworząc na nowo, tym razem zgodne z ich rozumieniem, podręczniki do historii. Japończyków obudził po 250 latach komandor Perry... Kto obudzi nas?

0 komentarze:
Prześlij komentarz