Jeśli nie masz siły na lekturę, posłuchaj!
Często zastanawiam się dlaczego rządy sanacyjne prowadziły taką politykę ekonomiczną, że siłą rzeczy doprowadziły kraj do katastrofy, a znaczną część ludzi go zamieszkujących do zachowań ich niegodnych. Przeglądając prasę międzywojenną coraz trafiam na wzmianki o próbach samobójczych, czasem udanych, czy o zabójstwach całej rodziny przez ojca i jego późniejszym samobójstwie. Przyczyną takiego postępowania był brak środków do życia, spowodowany niemożnością znalezienia pracy. Można zapytać: skąd ja to znam? Nie o tym jednak dzisiaj.
Rzeczpospolita Polska była w międzywojniu krajem ubogim. To fakt. Mimo to, przedsiębiorcy jakoś działali. Przykładem niech będzie tutaj fabryka samolotów Plage i Laśkiewicz, która funkcjonowała całkiem sprawnie do momentu, w którym dzięki państwowemu bankowi stała się państwowa i stworzyła bombowiec, który nie mógł startować z bombami na pokładzie (LWS Żubr).
Momentem zapalnym, który znacząco przyspieszył nacjonalizację dużych przedsiębiorstw prywatnych był Wielki Kryzys, który prześladował świat niemal od końca 1929 roku właściwie aż do wojny. Dlaczego jednak „wielcy” ekonomiści sanacyjni postanowili pójść drogą kontroli nad gospodarką kraju? Otóż nie wymyślili tego sami. Przykład płynął z największej gospodarki świata, czyli Stanów Zjednoczonych.
Nie chcę tutaj się rozpisywać, czy rozgadywać, ale pozwolę sobie na zacytowanie trzech znamiennych fragmentów opisujących to co działo się w USA po Wielkim Krachu na giełdzie nowojorskiej. Pierwszy z nich pochodzi z książki Barry'ego W. Poulsona „Historia ekonomiczna Stanów Zjednoczonych”, a opisuje efekty ustawy o taryfie celnej Smoota-Hawleya:
„Ustawa podniosła cło na całą gamę podlegających ocleniu towarów, np. średnie opłaty celne na produkty rolne wzrosły z 20 do 34 procent, na wina, napoje alkoholowe i niealkoholowe z 36 do 47 procent, zaś na wełnę i wyroby wełniane z 50 do 60 procent. Ogółem wzrosło gwałtownie 887 taryf celnych, a ustawa rozszerzyła listę artykułów handlowych podlegających ocleniu do 3218 pozycji. Decydująca część ustawy Smoota-Hawleya mówiła, że wiele taryf celnych dotyczyło raczej określonych kwot pieniężnych niż odsetka ceny. Jako że podczas wielkiego kryzysu ceny spadły o połowę lub więcej, rzeczywiste wskaźniki dla tych określonych taryf celnych podwoiły się, zwiększając udzieloną zgodnie z ustawą ochronę”. Ustawa wprowadziła cła na 800 artykułów używanych do produkcji samochodów. Większość z 60 tysięcy ludzi zatrudnionych przy produkcji ubrań roboczych z tanich importowanych materiałów wełnianych straciło pracę, gdy podniesiono na nie cło o 140 procent.
Drugi cytat pochodzi z książki „Patriotyczna historia Ameryki. Od wielkiego odkrycia Kolumba do wojny z terrorem” Larryego Schweikarta i Michaela Allena:
„Do roku 1933 liczby wytworzone przez tę komedię pomyłek były oszałamiające: współczynniki krajowego bezrobocia osiągnęły 25 procent, ale w niektórych pojedynczych miastach dane wydawały się zupełnie nieprawdopodobne. Cleveland odnotowało, że 50 procent jego sił roboczych to ludzie bezrobotni, Toledo – 80 procent, zaś kilka stanów zaliczyło średnią ponad 40 procent. Za sprawą obusiecznego miecza, którego jednym ostrzem były zmniejszające się dochody, drugim zaś wzrastające naciski na wydatki socjalne, ciężar spoczywający na miastach doprowadził wiele zarządów miejskich na skraj przepaści. W Nowym Jorku zamknięto szkoły, zaś w Chicago państwo było winne nauczycielom 20 milionów dolarów. Wiele szkół prywatnych całkowicie zbankrutowało. Jeden z gabinetów rządowych odkrył, że do 1933 roku około półtora tysiąca szkół wyższych upadło, zaś sprzedaż książek gwałtownie się obniżyła. Sieć bibliotek w Chicago przez rok nie zakupiła ani jednej książki”. Tak źle nie było chyba nawet w naszym pięknym i nieszczęśliwym kraju.
Sytuacji nie poprawiła elekcja Franklina D. Roosevelta. Sprzeniewierzył się on obietnicom wyborczym i kontynuował politykę gospodarczą poprzednika prezydenta Hoovera. Wszystko to widział Lewis W. Douglas, dyrektor budżetu państwa, który w końcu nie wytrzymał i po roku sprawowania urzędu, odszedł i zadał publicznie kilka pytań:
„Czy wybierzemy podporządkowanie się nas samych – tego wielkiego kraju – despotyzmowi biurokracji, kontrolowaniu każdego naszego działania, zniszczeniu równości, którą osiągnęliśmy, wreszcie zredukowaniu nas do położenia zubożałych niewolników państwa? Czy też będziemy uparcie trwać przy wolnościach, o które człowiek walczył przez ponad tysiąc lat? Ważne jest, by zrozumieć wielkość problemu, jawiącego się przed nami. (...) Jeżeli nie wybierzemy bezwzględnej, despotycznej biurokracji, kontrolującej nasze życie, niweczącej rozwój, obniżającej standard życia (...) wówczas stanie się jasne, że funkcja rządu federalnego w warunkach demokracji ma polegać na ograniczeniu swojej aktywności do tych obszarów, których demokracja dotyczy, na przykład obrony narodowej, utrzymywania prawa i porządku, ochrony prawa i własności, zapobiegania nieuczciwości i (...) ochrony społeczeństwa przed (...) partykularnymi interesami poszczególnych środowisk”. II RP poszła drogą biurokratyzacji...
Podobnie do III RP. U końca PRL wysiadywało na urzędowych posadach 45 tysięcy ludzi. Dzisiaj jest ich ponad 10 razy więcej. A mimo to jakoś jeszcze Polska nie zbankrutowała. Myślę, że tego doczekam, bo sytuacja niespecjalnie się poprawia...
Gdybym wzbudził ciekawość zachęcam do sięgnięcia po arcyciekawą broszurkę Lawrence'a W. Reeda „Wielkie mity Wielkiego Kryzysu”.

0 komentarze:
Prześlij komentarz