Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

wtorek, 16 marca 2021

O szpiclach, kapusiach, donosicielach

marca 16, 2021 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Zerknijcie na początek na poniższy fragment serialu Alternatywy 4. Prawda, że konkretny kapuś?

Po tej zajawce przypomnę jeszcze fragment książki Jarosława Haszka „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” (t. I, roz. 9):
„Zespół audytorów był wspaniały. Właśnie taki aparat sądowy, jaki był tutaj, ma każde państwo przed powszechnym politycznym, gospodarczym i moralnym upadkiem. Takie państwo ochrania resztki swego spłowiałego nimbu przy pomocy sądów, policji, żandarmerii i sprzedajnej zgrai donosicieli.
W każdym oddziale wojskowym miała Austria szpiclów, którzy denuncjowali swoich towarzyszy, sypiających z nimi na tych samych pryczach i dzielących się z nimi kawałkiem chleba podczas marszów.
Także i policja państwowa dostarczała do garnizonu sporo materiału, osobliwie tacy panowie, jak Klima, Slaviczek i S-ka. Za sprawą cenzury wojskowej przyprowadzano tu autorów korespondencji, jaką prowadzili ludzie z frontu z tymi, których pozostawili w domu, zrozpaczonych, bezradnych. Tutaj sprowadzali żandarmi nawet starych dożywotników, którzy pisywali listy na front, a sąd wojskowy wlepiał im po dwanaście lat więzienia za ich słowa pociechy i za opisy biedy domowej.”
Skąd się bierze w człowieku konieczność kapowania? Z domu rodzinnego? Mamusi na tatusia, a tatusiowi na mamusię? Dr Jan Przybył powtarza, że to przez zawiść: „Olaboga nie wytrzymam, oni mają a ja ni mam!”. W „Dniu świra” Koterski włożył w usta tłumu odmawiającego „modlitwę” na balkonach to, że muszą „dopierdolić sąsiadowi”. Jak tam było, tak tam było. Warto zadać pytanie, jak walczyć z plagą kapusiostwa?

Adolf Nowaczyński podał, w reakcji na sytuację jaka zaistniała po przewrocie majowym w 1926 roku i przejęciu władzy przez tzw sanację moralną pod wodzą Piłsudskiego, wspaniałą receptę na panoszących się szpicli:
„Ze wszystkich stron i stolicy i kraju dochodzą wieści i wiadomości o rozmnożeniu się prywatnych szpiclów „dobrowolców”. Szwęda się to, niucha i węszy po dworcach kolejowych, poczekalniach, halach bankowych, kuluarach, restauracjach, kawiarniach, dancingach, barach i spelunkach. Podsłuchują, prowokują i kontrolują, czy obywatele błagonadzieżni czy nie. Jeżeli nie, wszczynają awanturę, wygłaszają tyrady i wtedy bywa, że dostają często gęsto po zębach i kopnięci w plecy, wylatują za drzwi na „asfalt”.
Na szpicli jest to metoda jedyna. Tylko nie dać sobie imponować i nie dać się sterroryzować takiemu pyskaczowi - szpiclowi.
Szpiclokracji się nie poddawać. Przeżyliśmy już szpicli carskich i prusackich. Wtedy się trzeba było strzec i rozmowy w publicznych lokalach prowadzić półgłosem. Jedni drugim nie ufają. Wszyscy podejrzliwi, zastrachani, przepłoszni, uciekający przed sobą, co chwila palec na ustach kładący: Nuż kto usłyszy? Doniesie? Zadenuncjuje nie daj Boże!”
Gdy to przeczytałem, zdałem sobie sprawę z kilku kwestii. Po pierwsze, mimo małej wojenki domowej, nikt nie zamykał miejsc dających ludziom możliwość zarobkowania. Mam na myśli restauracje, kawiarnie, bary itp. Po drugie dziś kapusiom, szpiclom i im podobnym łatwiej. Idzie taki (albo taka) po ulicy i nagle... rozdziawia japę i wrzeszczy: A gdzie maseczka!!!! Proszę zwrócić uwagę, że używa słowa „maseczka”. Jakie to pieszczotliwe, prawda? Takie zdrobniałe słówko sugeruje, że kawałek szmaty na pysku jest taki miły, iż można nawet rzec - przyjaciel. Nie pomagają tłumaczenia fachowców (takich prawdziwych, którym w ten lub inny sposób nie płacą koncerny), że taka chirurgiczna szmata może zatrzymać wirusa, podobnie jak zamknięcie furtki chmarę komarów. Mało! Gdy napatoczy się taki (taka) na otwarty lokalik, wyciąga telefon i dzwoni, kapuje, sprzedaje prywaciarza. A co? Będzie mnie tu zabijał? Niech mu dojebią! Ale telefon na policję, czy do sanepidu to mało. Bierze i opisuje przeżytą grozę na pejsie, tfuterze, nagrywa na tiktoka. Patrzcie jakim bohaterskim człowiekiem jestem! Podziwiajcie!
Chuj nie bohater! Szpicel, konfident, kapuś, kabel, donosiciel. Nazwanie takich gnidami, wszami czy mendami obraża nawet te ohydne pasożyty... Zatem miał rację Nowaczyński! Po pysku, kopniak w rzyć i won z grona znajomych!

piątek, 11 grudnia 2020

Wściekła Julianna

grudnia 11, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Wpadłem ostatnio na tłiterze na wynurzenia pewnej postaci, której płeć można było, stosunkowo niedawno, dość łatwo ustalić. Wnosząc po wysokości głosu, ubiorze i dwóch krągłościach rysujących się pod bluzką można było zaryzykować twierdzenie, że to kobieta. Dziś namnożyło się wiele osobopostaci binarno/niebinarnych, więc... Na potrzeby niniejszego tekściku nazwę ją Julianną.
Otóż Julianna na popularnym chińskim portalu społecznościowym zabrała głos w sprawie opodatkowania prostytucji i wiary. Dość osobliwy głos. O ile mnie pamięć nie myli, to nawet podczas służby wojskowej nie było w nas, młodych i naładowanych testosteronem samczykach, tyle agresji. Zaś język również jakby ciut mniej obfitował w wulgaryzmy (filmik na końcu tekstu).
Dlaczego się nad tym zatrzymałem? Z jednego w zasadzie powodu. Co się u diabła porobiło z tym światem? Gdzie się pochowały kobiety? Gdzie się schowali mężczyźni? Stary widać jestem, bo odczytując hasła wypisane na transparentach i tabliczkach trzymanych w dłoniach osób o zewnętrznych atrybutach kobiet na „Strajkach”, robi mi się niedobrze...

„Został tylko anal? Co się z wami stało? To już zwyczajnych prezerwatyw nie można kupić? Może to jest właśnie problem? Wydać te kilkanaście złotych na gumki... Lepiej jechać na żywca, bo nie wiadomo kiedy chuć trafi! Życie jak w filmie porno! Paradne! A gdy pojawi się niewykształcone jeszcze życie, niech lekarze skrobią za darmochę? Bo nie wierzę, że organizatorom i organizatorkom chodziło o to co deklarowały w oficjalnych gadkach. Powtarzam! Osobom organizującym protesty!
I odszedłem od tematu. Gdy oglądałem wspomniane wynurzenia Julianny, przypomniał mi się wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej zatytułowany „Branka”:

Dawniej, piękna dziewczyno, byłaś łupem wojny;
Branką, zdobyczną różą dla sułtana w darze,
Napastowanych włości najcenniejszym skarbem,
Unoszonym w objęciach, przed sobą, na siodle,
Pod promieniami Wenus, gwiazdy polubownej -
W brutalnym, wrogim hołdzie, piękności złożonym.

Dzisiaj skrzydlaty człowiek, gryf o ludzkiej twarzy,
Przelatując nad tobą gardzi twym urokiem:
Pragnie cię tylko zabić, zabić i nic więcej,
Gdyż ma serce z metalu i płonie ku tobie
I twoim rówieśnicom, biegnącym przez łąki,
Ogniem salwy stokrotnej i żądzą celności...

Nie jestem polonistą, więc mogę jedynie przypuszczać, że wiersz powstał podczas ostatniej ogólnoświatowej wojny, kiedy niemieccy piloci, we wrześniu 1939 r., w swoich sztukasach urządzali regularne polowania na ludzi. I wtedy tych na ziemi, uciekających przed pociskami wystrzeliwanych z niemieckich karabinów, opanowywał prawdziwy strach. Nie taki jak poniżej.

I obyśmy nigdy więcej tego prawdziwego strachu nie zaznali!

wtorek, 24 listopada 2020

Wtopa w TVN

listopada 24, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Powiedzmy, że wierzę. Pojechała grupka reporterów TVN na Dolny Śląsk w celu przechadzki po lesie. Na wszelki wypadek zabrali ze sobą kamery, mikrofony i cały bajzel służący do rejestracji materiału na reportaż. W pewnym momencie zatrzymali furę, zabrali sprzęt i ruszyli w las. I patrzcie Państwo! Trafili na konkretny jubel. Panie! Urodziny Hitlera, panie! Znaczy dowód jest! Polacy to faszysty są. Towarzysz Stalin miał rację. Nie dość, że Pany to jeszcze faszysty! Wstyd na cały świat, a nawet Brukselę!

źródło: Polska The Times

Niech będzie, że przypadek. Nie oglądam w zasadzie telewizji, bo jakieś 10 lat temu wyrzuciłem odbiornik tv, więc nie mam pojęcia co się tam pokazuje. Oprócz reklam, rzecz jasna. Skoro jednak ludzie nie mogą żyć bez wgapiania się w ruchome obrazki, więc stacje telewizyjne kombinują co i jak pokazać, by zwykły oglądacz był jeszcze głupszy. Nieraz na tablicy pejsika pojawiają się komentarze znajomych, na temat jakichś traktorzystów czy kombajnistów umawiających się z dziewuchami. Ok! Skoro Was to kręci - oglądajcie! Od tego nie zmądrzejecie... Ale nic mi do tego.

Nie powinno mnie obchodzić również to jakie programy pojawiają się w telewizji. A tym bardziej kto w nich występuje. Jednak czasem prawa brew wędruje i na usta cisną się słowa: „co to się do ch... odpier...?”. Zaćwierkały wróbelki na tłiterze, że w czymś, co się zwie Top Model na antenie TVN doszło do niezłej wtopy. Otóż jeden z modeli, brązowy gość miał problemy z prawem. Za szczeniaka skazano go za seks oralny z nieletnią (screen poniżej). Potem jeszcze wspólnie z bratem pobili jednego takiego.

W zasadzie dla stacji, która promuje tęczowych, to pryszcz, ale patrz Pan! Przestraszyli się. Czy dlatego, że nagle dowiedzieli się o wykroczeniach ichniego modela? Bo wyszliby na hipokrytów (klechów piętnują!)? Inny wróbelek zaćwierkał, że figa z makiem! Zostawiam tu to tak. Może jacyś lewoskrętnych pobudzi do używania szarych komórek? Eeee tam! Sam w to chłopie nie wierzysz!

wtorek, 20 października 2020

Testy na inteligencję

października 20, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , No comments

Dziś PiS wreszcie dobił do poziomu, który istniał dotąd w jedynie w moich domysłach. Chodzi o głosowanie nad rozszerzoną ustawą nad tzw. pandemią (nazywaną przez niektórych plandemią). Do głosowania nad nią nie dojdzie, bo opozycja postanowiła wreszcie przeczytać projekt ustawy, który dostała w ostatniej chwili, i wniosła o odroczenie głosowania. Warto tu podkreślić, że udziału w głosowaniu nad tym wnioskiem nie wzięło 28 posłów związanych z obozem rządzącym.
Nie takie rzeczy się zdarzały. Jednak komentarze mendiów rządzących powalają swoją inteligencją. Według jedynie słusznej telewizji (zerknijcie no poniżej):

Dlaczego się nie dziwię? Zewnętrzne przejawy bezmyślności są typowym objawem polityków. Nie wszystkich rzecz jasna, lecz przeważającej większości. Co ciekawe ostatnimi czasy cierpią na tę straszną chorobę przede wszystkim politycy europejscy. Zaliczam rzecz jasna do nich również tych z naszego piękniego i nieszczęśliwego kraju. Z naszego punktu widzenia zaliczają się oni do ścisłej czołówki, jak ich nazywał Aleksander Świętochowski, prostoduchów... Problem małej reprentatywności inteligencji wśród rodzimych polityków jest już dość stary. Sporą liczbę mało inteligentnych parlamentarzystów wybierali na swoich przedstawicieli już nasi pradziadowie. Można z tego spróbować wysnuć wniosek, że politycy międzywojnia posiedli tajemną wiedzę o tym jak skutecznie ukryć swą intelektualną miałkość. Pisał o tym bez ogródek w swoich felietonach zatytułowanych "Liberum Veto" przywołany już pan Świętochowski. Jeden z nich opublikowany w kwietniu 1926 roku przytoczę poniżej w całości:
Do liczby wynalazków szkodliwych dla ludzkości lub specjalnie dla nas należy niewątpliwie przyrząd jakiegoś niemca Biskiego, mający wykazać rodzaj i stopień inteligencji człowieczej. Jeśli to nie jest plotka dziennikarska i jeżeli taki złowrogi aparat został rzeczywiście wynaleziony, to wszystkie społeczeństwa powinny się sprzymierzyć, ażeby go do siebie nie dopuścić. Bo wyobraźmy sobie, jaki to straszny, niebywały, przewyższający największe rewolucje przewrót dokonałby się w stosunkach międzynarodowych, publicznych i prywatnych, gdyby jakimś ścisłym probierzem zaczęto wymierzać wszystkie umysły! Rada, jaką minister szwedzki Oxenstierna, dał swemu synowi, wybierającemu się w podróż po Europie: "Jedź i przekonaj się, jacy głupcy światem rządzą" - nie straciła dziś po 300 latach nic ze swej trafności. Patrząc zdala na rozmaitych monarchów, polityków, mężów stanu, prawodawców, rządzących losami narodów, trwamy ciągle w tern mniemaniu, że to są ludzie bardzo mądrzy. A gdy jakiś przypadek zdradza nam ich głupotę, jesteśmy zdumieni. Bo ktoby np. spodziewał się, że Lloyd George, który po ostatniej wojnie przerabiał Europę, niszczył stare i stwarzał nowe państwa, krajał ziemie i narody, skazywał jedne na śmieć lub chorobę, innym zapewniał zdrowie i życie, że ten wielki człowiek jest nieukiem, biorącym kraje za miasta i nie mającym żadnego pojęcia o sprawach i rzeczach, o których wyrokował w ostatniej instancji? Ktoby przypuścił, że niektórzy uczestnicy traktatu wersalskiego inaczejby głosowali, gdyby przedtem zaznajomili się z elementarnym podręcznikiem historji lub- geografji? Moglibyśmy jeszcze łudzić się, że tak nie jest, gdybyśmy u siebie nie oglądali podobnego widoku. Znaliśmy doskonale jakiegoś prostoducha, wiedzieliśmy, co on posiada w swej głowie, sądziliśmy, że ma odrobinę wiedzy, wystarczającą zaledwie do prowadzenia szkółki elementarnej, kancelarji pokątnego doradcy, tańców na balach, do pisania w urzędzie gminnym, ławnikowania w magistracie małomiejskim, nagle czytamy w gazetach, że ten mąż został wybrany posłem, mianowany naczelnikiem wydziału, dyrektorem departamentu, ministrem, przewodniczącym w komisji sejmowej, że jest prawodawcą lub dygnitarzem władzy wykonawczej, że wydaje ustawy dla całego narodu i nim rządzi. Wtedy mówimy sobie: jeżeli ignorant może być sternikiem tak olbrzymiego okrętu, jakim jest W. Brytania, to tembardziej może być sternikiem tak małej motorówki, jaką jest Polska. Ale to zrozumienie wcale nie zmniejsza szkodliwości aparatu do mierzenia inteligencji. Gdybyśmy żebraka odziali płaszczem monarszym, po pewnym czasie zapomnielibyśmy, że pod jego purą kryją się łachmany, podobnie gdy jakiegoś prostoducha umysłowego wprowadzimy na wysokie stanowisko, zapominamy, gdzie on był i być powinien. Gotowi jesteśmy nawet uwierzyć, że jest "właściwym mężem na właściwem miejscu". Tymczasem, gdyby wprowadzony został przyrząd Biskiego i gdyby według niego prawodawca i rządca kraju otrzymywał wskaźnik swej inteligencji- a jeszcze z obowiązkiem okazywania go odpowiednim znakiem na kołnierzu lub czapce, - nastąpiłby tak gwałtowny przełom w pojęciach, takie przesunięcie się znaczeń "personalnych", że nasz świat znowu przewróciłby się górą na dół. Wtedy nieraz kłanialibyśmy się uniżenie kancelistom lub woźnym, a lekceważyli dy- rektorów i posłów. Czy państwo mogłoby istnieć przy takim zamęcie, przy takiem "zrewidowaniu" opinji publicznej, przy takiem "zlikwidowaniu" dostojeństw, przy takiem "podkreśleniu" wartości upośledzonych rozumów?
Miejmy jednak nadzieję, że to złe nas ominie - i cieszmy się tern, co jest. Skutkiem wielkich ciężarów, "zdobyczy społecznych", których nasza produkcja dźwignąć nie chce lub nie może, pomnożyła się armja bezrobotnych. My znamy na to tylko jeden ratunek: kilku rotom dać jakieś krótkotrwałe, często nienajpilniejsze zajęcie, a resztę żywić na koszt państwa lub gmin miejskich. Nakreślmy tło dla tego obrazu. Oprócz kilku szos, kfóre zbudowali Moskale lub Niemcy, Polska posiada tylko drogi naturalne, straszne, przysłowiowe w całej Europie, na których niszczą się sprzężaje ludności ku wielkiej szkodzie i wstydowi społeczeństwa. Dwa psy mogą więcej uciągnąć w Niemczech, niż para koni po naszych błotach, kałużach i wybojach. Gdy Niemcy weszli do nas, przedewszystkiem zajęli się biciem lub naprawą dróg, pozostawiając nam po sobie jedyną dobrą pamiątkę i wzór, którego naśladować nie mogliśmy. Ile razy ta sprawa zostanie wywleczona z zapomnienia i zaniedbania, zawsze bywa skazywana na dalszy wieczny odpoczynek z nadmienieniem, że nie posiadamy dla niej potrzebnych środków. A nie posiadamy ich przez cały czas istnienia Polski i tylko my jedni w całym cywilizowanym świecie, my najwięksi jego zbytkownicy i marnotrawcy. Wolimy tracić ogromne sumy na zapomogi dla niepracujących, niż dać im pracę z korzyścią dla kraju. Gdybyśmy te fundusze zużyli na tworzenie dobrych dróg i gdybyśmy do tego przedsięwzięcia pociągnęli obowiązkowo gminy wiejskie i miejskie bądź w osobnych składkach, bądź w robotach, nie mielibyśmy armji bezrobotnych, a natomiast mielibyśmy drogi bite. Ze to jest przedsięwzięcie wykonalne, dowodem już nietylko przykłady zagraniczne, ale nawet miejscowe czyny paru energicznych starostów, którzy w obrębie swojej władzy i wpływu pogryźli te twarde orzechy, na których my boimy się połamać spróchniałych zębów. A nie jest to jedyne pole zaniedbane, które mogłoby być płodnem. Corocznie gazety donoszą o strasznych klęskach powodzi. Już zaczęły się te skargi. Dopływy Narwi grożą zalewem 20,000 morgów łąk i zniszczeniem 40,000 wozów siana. Ponieważ wylewy niektórych rzek rozszerzają się na pograniczne obszary niemieckie, przeto prusacy wystąpili z propozycją, że oni nam łożyska tych wód uregulują, jeżeli otrzymają na to pozwolenie. Ile w tej propozycji tkwi sromoty dla nas!
Podczas gdy daremnie czekają na podjęcie i szybkie rozwiązanie sprawy i zadania gospodarcze wielkiej wagi dla narodu, my ciągle układamy sobie proporcje algebraiczne z P. P. S., Ch. D., N. P. R., Z. L. N.. P. S. L. i t. d., z których nic nie wypada, oprócz formuł na usypywanie gór, rodzących myszy. Dziwimy się i gniewamy na uprzejmość Ligi Narodów względem Niemiec, sprawców wielkej wojny i obecnej niedoli świata. Jest to widok wstrętny, ale jakże pouczający! Jest to uznanie, szacunek dla narodu, który pracuje, oszczędza, doskonale gospodarzy i przez to stanowi potęgę. Czy świat ma czcić nasze próżniactwo, marnotrawstwo, ograbianie majątku państwowego, bezprawie, rozstrój, podnoszenie na szczyty społeczne ciemnoty, chamstwa i pasorzytnictwa? Co pewien czas wsuwają się do nas tajemnie lub jawnie wywiadowcy amerykańscy, badający warunki bezpieczeństwa dla pożyczek, i rozejrzawszy się w naszych stosunkach i urządzeniach, wyjeżdżają, zawożąc do swych krajów ostrzeżenie: Polska jest ciągle w stanie płynnym a po części gazowym; w niej kapitał obcy nie ma jeszcze trwałego oparcia. I my chcemy, żeby nas ceniono? Tego kredytu materjalnego i moralnego nie zdobędzie wilkołak polityczny - kapitalistyczno- komunistyczno-socjalistyczno-biurokratyczno-próżnujący, wielkie drzewo z podciętemi korzeniami, z obdartą korą, z objedzonemi pędami i liśćmi przez najrozmaitsze robactwo. My chcemy, ażeby Niemcy nie grozili nam rozbiorem i zaborem, ażeby Europa uznała w nas mocarstwo, zdolne wywrzeć wpływ na jej losy, kiedy b. naczelnik państwa, obdarzony najwyższą godnością, wojskową, w listach publicznych lży generałów w czynnej służbie i zniesławia całą organizację armji, kiedy dzięki tym wichrzeniom objawia się w niej taki rozstrój, że oficerowie skarżą się na niemożność zapanowania nad niekarnością żołnierzy? My chcemy być wielkie m państwem, kiedy part je rozkładowe gotowe są raczej narazić je na zgubę, niż zrobić najmniejsze ustępstwo ze swych zdobyczy i roszczeń, kiedy cały naród zdaje się wołać ratunku i wzywać jakiegoś wszechwładnego zbawcę?
Spójrzmy w rzeczywistość.

czwartek, 15 października 2020

Buty do podzelowania i młotek

października 15, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Stany Zjednoczone są wielkim i okrutnie różnorodnym krajem. Można nawet podkreślić, że to kraina imigrantów. To banał, prawda? Wiedzą o tym wszyscy, którzy w bólach przebrnęli przez podstawówkę, albo oglądają produkty Hollywoodu. Do USA ciągnął swego czasu niemal cały świat. Dziś sprawa wygląda ciut inaczej. Dalej Stany przyciągają ludzi, ale ziemią obiecaną pozostały właściwie tylko dla Latynosów. Jest ich już tak dużo, że część z nich radzi sobie całkiem dobrze bez znajomości języka angielskiego. Nie wiem, czy wypada mi się dziwić, bo ponoć i wśród Polonii zdarzają się jeszcze ludzie, którzy są z językiem urzędowym mocno na bakier. O co jednak chodzi?

Ano kilkaset lat temu taką ziemią obiecaną była Rzeczpospoita Obojga Narodów. Migrowali tu Niemcy, Holendrzy, Francuzi, Skandynawowie, Ormianie i wiele innych nacji, a przede wszystkim Żydzi. Stanisław Pieńkowski podkreślał, że w początkach dwudziestego wieku w średnim miasteczku za kordonem, dokąd urzędnicy carscy wysiedlili Żydów, było ich tylu co w całej Francji. Oni również, podobnie jak obecnie Latynosi w USA, nie znali języka. Jeśli już, to jak mówił Stanisław Lem o sposobie wysławiania się jednej z koleżanek z medycyny, strasznie żydłaczyli.
Najczęstrzym zajęciem Żydów w takich miasteczkach i okolicznych wioskach był handel, rzemiosło i lichwa. Funkcjonowała również grupa zajmująca się pracą na roli, jednak nie była ona zbyt liczna. Dziś zahaczę o rzemieślników.
Poniżej znajdziecie fragment wspomnień przywołanego w poprzednim tekście Ferdynanda Kurasia, którego rodzice oddali na naukę zawodu do szewca. Okoliczności spowodowały, że trafił do zakładu prowadzony przez Żyda. Żyda, który miał w okolicy markę rzetelnego rzemieślnika. Nie przedłużając, oddam głos samemu Kurasiowi (rzecz jasna pisownia stosowana w okresie spisywania wspomnień):
"Po czterech latach nauki szewstwa zostałem nareszcie wyzwolony. Majster chciał koniecznie zatrzymać mię nadal u siebie jako czeladnika, przyrzekając dać mi wszelkie wygody i dobrą pracę, wszelkie jednak propozycje jego z miejsca odrzuciłem. W terminie tym nabyłem sporo doświadczenia; poznałem wiele dodatnich stron u żydów pod względem współżycia, oszczędności, zabiegliwości, trzeźwości i ścisłego przestrzegania przepisów swego zakonu, lecz bez porównania więcej stron ujemnych psychologji duszy żydowskiej w odniesieniu do chrześcijan. Nacierpiałem się dużo, i gdyby to ode mnie było zależało, już po paru dniach byłbym uciekł stamtąd. Ale poza prawomocnym kontraktem trzymała mię tam zawsze święta dla mnie wola rodziców. I obowiązek sumienia nakazuje mi ostrzec ogół ludności chrześcijańskiej, ażeby - jeżeli już koniecznie do żyda iść musi - w załatwianiu z żydami interesów była ostrożną, a jako, jaskrawy przykład szkodzenia na mieniu ludności chrześcijańskiej przez żydów, choćby nawet mających opinję "rzetelnych" - a taką właśnie opinją cieszył się mój majster, - niech posłuży fakt, jakiego niejednokrotnie niespodziewanym byłem świadkiem.
Zdarzało się bardzo często, że ktoś z chrześcijan kupił w składzie nowe, przez spółkę chrześcijańskich szewców zrobione buty i z temi butami udawał się do żyda, u którego terminowałem, celem uzupełnienia jakichś drobnych braków, jak ujęcia lub dodania obcasów, ukucia podkówkami lub sztyftami, wyprawienia cholew w regularne karby, wytarcia wewnątrz buta kołków i t.p., - wtedy wymawiali się zazwyczaj żydzi chwilowym brakiem czasu, polecając interesowanemu buty zostawić, a za pewien czas przyjść po nie.
A skore interesowany oddalił się, wyprawiano i mnie z izby za jakimś drobnym sprawunkiem. Wyszedłem więc, ale, że miałem ich w podejrzeniu, z ukrycia za drzwiami śledziłem bacznie, co też oni robić będą. A rzetelni żydkowie w przekonaniu, że pozbyli się niewygodnego świadka, zabierali się wtedy do wykonania ulubionego procederu, na tem polegającego, że w przyszwę buta w tem miejscu, gdzie z podeszwą się schodzi - a więc w miejsce niedostrzegalne - zapuszczano ostry koniec noża i - nacinano... Rzecz zrozumiała, że tak operowana przyszwa rychło pęknąć musiała, a naiwny, w tak zbrodniczy sposób poszkodowany człowiek tracił zaufanie do majstrów chrześcijańskich i szedł do żydów. To znów bywało, że ktoś przyniósł kupioną przez siebie skórę podeszwianą i buty celem podzelowania, a skoro oddalił się, żydkowie skórę tę świadomie a niemiłosiernie rozklepywali na kamieniu, waląc młotkiem jak kowal w rozżarzone żelazo na kowadle, skutkiem czego zelówka prędko się zdarła.
Stara to prawda, że społeczność żydowską cechuje wrodzone, czy, jak chcą inni, rasowe - oględnie się wyrażając - uprzedzenie do chrześcijan, a przedewszystkiem do Polaków. I śmieszną jest naiwnością rozprawiać o "asymilacji" żydów; ci zaś publicyści, którzy do tego ulubionego tematu ciągle wracają, popełniają najkapitalniejsze absurdum.
Czyż tyluwiekowe z nami na naszej ziemi żydów pożycie niczego nas nie nauczyło? Zabór większych własności ziemskich, zlicytowanie tysięcy chłopskich posiadłości, rozpojenie i demoralizacja chłopstwa i mieszczaństwa, a miejscami nawet zupełne wytępienie tego ostatniego; opanowanie handlu, przemysłu i wszelkich zyskownych przedsiębiorstw w naszym kraju, lupanary i szerząca się stąd moralna i fizyczna deprawacja; handel "żywym towarem" itd. itd. - czy to nic? A jak osądzić to ustawiczne oczernianie nas przez żydów w prasie zagranicznej, urabianie tam najgorszej o nas opinji, szkodzenie nam w sprawach międzynarodowych? Zaiste wielką prawdę powiedział poeta:
"Krzyczymy, że nam Polskę wzięIi Rusy, Prusy
I wstręt do nich czujemy za to z całej duszy,
A dziś. gdy nam ojczyznę rozbierają żydzi,
To mało kto z Polaków czuje to i widzi".

poniedziałek, 12 października 2020

Nobel - srobel

października 12, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Kilka dni temu przyznano literackiego Nobla. Dostała go amerykańska poetka Louise Glück. Wikipedia i lewicowe portale podkreślają, że posiada ona żydowskie korzenie. Zastanawia uwypuklenie tego faktu. Zresztą nie tylko w przypadku tej literatki. Jakie to ma w końcu znaczenie? A może ma? Dostała Nobla mimo tego, czy właśnie dlatego? Gdyby stało się to mimo, wtedy można by wnioskować, że Glück wielką poetką jest. W drugim przypadku... "Tego się domyśli nawet niespecjalnie rozgarnięty muł" - jak porykiwała swego czasu Formacja Nieżywych Schabuff.

Skłaniam się ku temu drugiemu wytłumaczeniu. Przeczytałem te kilka wierszy, które przetłumaczyła na polski Julia Hartwig. Słabo. Początkowo sądziłem, że coś mogło uciec w tłumaczeniu, ale nie. Przeczytałem je w oryginale. To samo wrażenie. Sięgnąłem po jeszcze jeden, "Vespers", w którym poetka oznajmia światu swój żal z powodu tego, iż jej pomidory dotknęła zaraza. Mało! Na dodatek ktoś (nie wiem oprysk, czy Bóg) ich nie uchronił ich od tego losu. Gdyby wiersz napisało dziecię dziesięcio - czy jedenastoletnie zachwyciłbym się. Jednak Glück miała wtedy niemal 50 lat. Zatem... Zresztą można do nich bez problemu dotrzeć. I przekonać się osobiście.
Ku zastanowieniu zostawię poniżej lament polskiego poety nad utratą słuchu. Znacie Ferdynanda Kurasia? Jeśli tak, to czapka z głowy! Czytam obecnie jego wspomnienia i co kilka stron zastanawiam się, jak właściwie chłopskim synom i córkom, szczególnie tym, których rodzice nie posiadali nawet morgi ziemi, udało się przeżyć...
"Żegnajcie mi zatem wszelkie głosy natury, któreście duszy mej przez krótkość pacholęctwa mego pokrzepieniem były.
Żegnaj, świergocie przywiązanych do strzechy wioskowej wróblich gromadek i ty, lotnych jaskółek szczebiocie u poddasza.
Żegnaj, cudowny hymnie szarego skowronka, zawieszonego w wiosenne poranki nad budzącą się z letargu zimowego ziemią.
Żegnajcie, rzewne słowików trele, zamieniające w przybytek aniołów ciszę wonnych wieczorów wiosennych.
Żegnajcie, wy polnych świerszczów ćwierkania wśród tchnących aromatem pól w jasne letnie dzionki i ty, czarowna żabich chórów kapel, w przednocki majowe.
Żegnajcie, szmery wód i poszumy pól "wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem".
Żegnajcie, kochane dźwięki serdecznych słów matki, ojca i braci.
Wdzięczna melodjo pastuszej ligawki, srebrzysty głosie dzwonka, krówek poryki, koników rżenie - żegnajcie, żegnajcie!"

środa, 2 września 2020

Zamach na Lenina i putinowe bzdurzenie

września 02, 2020 Posted by Onufry Okowita , , No comments

(Tekst archiwalny) 30 sierpnia 1918 roku Fanny Kapłan przeprowadziła zamach na Włodzimierza Lenina po wiecu w Zakładach Michelsona w Moskwie. Został on w jego wyniku którego ciężko ranny. Oddała trzy strzały, z których dwa trafiły. Za szczenięcych lat, zanim trafiła do carskiego więzienia nazywała się Feiga Chaimowna Rojtblat-Kapłan. Strzelała do Lenina bo „zdradził rewolucję”... To co zdarzyło się później opisał Victor Sebestyen w książce „Lenin. Dyktator”. Oto jej fragment:

”Czeka spuszczono z łańcucha. W Piotrogrodzie pięciuset więźniów – Zinowjew nazwał ich zakładnikami – zostało natychmiast „straconych w rezultacie terroru ogłoszonego po morderczym zamachu na Włodzimierza Iljicza i zabicie Urickiego”. W następnym miesiącu przyszła kolej na trzystu następnych. Byłych carskich urzędników i eserowców rozstrzeliwano publicznie. W Niżnym Nowogrodzie czterdzieści jeden osób stracono po południu po zamachu na Lenina. Ich nazwiska zostały opublikowane, a lokalna Czeka ostrzegła, że „na każde morderstwo komunisty albo próbę takiego morderstwa odpowiemy rozstrzelaniem burżuazyjnych zakładników”. W Kronsztadzie marynarze przetrzymywali około czterystu więźniów od kilku miesięcy. Następnego ranka nie było już nikogo: wszyscy zostali zabici.
To samo działo się w całym kraju. Swierdłow, pełniący teraz obowiązki szefa rządu, dostawał nieustannie wiadomości od komisarzy, których wysłano na prowincję. Stalin, który w Carycynie nadzorował wojnę z kułakami, zatelegrafował do Moskwy dwa dni po próbie zabójstwa, donosząc o dziesiątkach aresztowań i egzekucji: „Dowiedziawszy się o podstępnym zamachu kapitalistycznych najemników na życie największego rewolucjonisty, przywódcy proletariatu (...) odpowiedzieliśmy na ten nikczemny atak zorganizowaniem systematycznego masowego terroru przeciwko burżuazji i jej agentom”. Łącznie wydano 6185 wyroków śmierci w ciągu dwóch miesięcy po postrzeleniu Lenina. Jest jednak prawdopodobne, że zabito znacznie więcej ludzi. „Musimy raz na zawsze położyć kres papistyczno-kwakrowskiej gadaninie o świętości ludzkiego życia” – powiedział Trocki, usprawiedliwiając terror. Od teraz praktycznie nic nie ograniczało działalności Czeka. Uzyskała gwarancje, że właściwie może robić to, co zechce.”
Każdego zwykłego człowieka, odznaczającego się choć średnio rozwiniętą wyobraźnią, ogarnia przynajmniej zdumienie. Bardziej wrażliwych przerażenie. Bo jakże tak? Jedna zniszczona więzieniem kobiecina strzela do faceta, a jego podwładni skazują na śmierć ponad 6 tys. ludzi? Nie drodzy czytelnicy i drogie czytelniczki! Te 6 tys. są drobiazgiem. Zamach stał się wymarzonym wprost pretekstem do wprowadzenia terroru. Ale o tym za chwilę.
Przywołam tutaj słowa obecnego przywódcę Rosji Władimira Władimirowicza Putina na temat polskiego dyplomaty Józefa Lipskiego: „Łajdak, antysemicka świnia, inaczej powiedzieć się nie da. W pełni solidaryzował się on z Hitlerem w jego antysemickim nastawieniu i, co więcej, obiecywał wystawić mu w Warszawie pomnik za niegodziwości wobec narodu żydowskiego.”
Gdy przeczytałem tę wypowiedź od razu przyszedł mi na myśl właśnie wspomniany wyżej zamach. A właściwie to co się działo po próbie mordu na Leninie. I nie ten ugładzony tekst Sebastyena. Ale to co w rzeczywistości wyprawiali bolszewicy z legitymacjami CzeKa w kieszeniach. Pisał o tym rektor Uniwersytetu Batorego w Wilnie Marian Zdziechowski w książce „W obliczu końca” (pisownia oryginalna – zgodna z panującymi ówcześnie zasadami):
„Zestawmy zamach, którego ofiarą padł car Aleksander II, z zamachami na Uryckiego, szefa czrezwyczajki w Petersburgu, i na Lenina. Osoba cara była w oczach Rosji święta, był więcej, niż pomazańcem Bożym, był zastępcą Boga na ziemi. Mord na nim dokonany wywołał w społeczeństwie wrażenie wstrząsające, oburzenie nie znało granic, ale sędziowie kierowali się nie uczuciem ślepej zemsty, lecz sprawiedliwością; skazali na śmierć pięciu uczestników, których winę udowodniono, tymczasem po zamachach na Uryckiego i Lenina mordowano nie tysiące, lecz dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nic wspólnego z zamachem nie mieli, mordowano nie w Petersburgu tylko i Moskwie, lecz po wszystkich miastach i miasteczkach Rosji.
Po co, dlaczego? Odpowiedź znajdujemy w prasie ówczesnej:„Za śmierć jednego z naszych — pisała Krasnaja Gazieta — zapłacą tysiące naszych wrogów, dość sentymentalizmu; damy im lekcję, śmierć burżuazji oto nasze hasło”, albo: „tysiącami zabijać ich będziemy, niech topią się we własnej krwi; krwi, więcej krwi"! — „Proletarjat — pisały Izwiestja — odpowie na zamach na Lenina tak, że burżuazja cała aż zadrży z przerażenia”, „Niech hymnem robotników — krzyczała Prawda — będzie odtąd hymn nienawiści i zemsty”. — A „wielki” i umiarkowany Radek, który tylu ma u nas wielbicieli, tak pisał: „Wyroki śmierci na te lub owe jednostki z pośród burżuazji, choćby nie uczestniczyły w białym ruchu, są pożyteczne, jako środek odstraszający od zamachów. Ma się rozumieć, że na zabójstwo każdego pracownika naszej robotniczej rewolucji odpowiedzieć musimy ścięciem przynajmniej 10-ciu głów”. — Tylko dziesięciu. O ileż dalej szły proklamacje urzędowe: „Na każdy akt białego terroru — ogłaszał moskiewski komisarz wojenny — robotnicy odpowiedzą masowym, bezlitosnym, proletarjackim terrorem”. Zdawałoby się, że zapowiadając masowe rzezie, miał on na myśli dorosłych, gdzie tam, dzieci także: „tysiącami mordować będziemy synalków białogwardzistów”.Wszystko to było w zgodzie, ze słowami Lenina: niech zginie 9/10-ych narodu rosyjskiego, byleby 1/10-ta dożyła do rewolucji wszechświatowej.(...) Kannegiesser i Kapłanówna, przystępując do czynu swego,wiedzieli, że nie minie ich śmierć, śmierć straszna, poprzedzona torturami. Bez względu na to, czy ich czyn zasługuje na potępienie, czy nie, podziwiać należy jego heroiczność.
Jeden z głównych współpracowników Dzierżyńskiego, Peters,z pochodzenia Łotysz, zapewniał w rozmowie z korespondentem jakiejś gazety zagranicznej, że przed zamachem na Uryckiego nie było w Petersburgu żadnych rozstrzeliwań, po zamachu zaś na Lenina rozstrzelano w Moskwie kilku carskich ministrów. Kłamał. Wprawdzie okres, który nazwano „dziką bakchanalją czerwonego terroru” rozpoczął się po obu zamachach i w związku z niemi, ale nie oznacza to, że go przedtem nie było. Gen. Dienikin, zająwszy gubernje południowe, mianował komisję do zbadania „na podstawie rosyjskiej Ustawy karnej” czynności bolszewików na południu w okresie obejmującym koło 1 1/2 roku (1918—1919). Komisja, do której zostali powołani prawnicy fachowi, a powszechnie szanowani, określiła liczbę ofiar cyfrą 1.700.000. Ze sprawozdań jej biorę przykład jeden: Taganrog.Taganrog zajęli bolszewicy 18 stycznia 1918 r., ale bronili się tam jeszcze junkrzy; 20-go kapitulowali, pod warunkiem, że ich wypuszczą z miasta. O sancta simplicitas! Odchodzących junkrów i oficerów wyłapywano i na miejscu zabijano, albo prowadzono do więzień, gdzie ich czekało to samo. Nie dość tego, wyciągano oficerów chorych ze szpitali i także zabijano, pastwiąc się nad trupami; ciężko rannego kapitana, zastępcę dyrektora szkoły podchorążych, bolszewickie siestryce (siostry miłosierdzia) podniosły i hojdały, dopóki nie rozbiły głowy jego o ścianę. Najstraszniejszym był los 50-ciu oficerów, których wrzucono do palącego się pieca w hucie szklanej, uprzednio związawszy im ręce i nogi.
Krwawy szał, który ogarnął bolszewików po obu wymienionych zamachach, objawił się między innemi w masowych obławach na zakładników; brano ich wszędzie, z ulicy, z domu, bez cienia winy, tylko na podstawie zewnętrznego wyglądu i osadzano w więzieniach; brano ich nie tylko w obu stolicach, ale we wszystkich miastach i miasteczkach Rosji. Jeśli obława w Niżnim Nowgorodzie dała 700 sztuk ludzkiej zwierzyny, to ilu było nieszczęśliwców tych w Petersburgu lub w Moskwie! Polującemu na „burżujów” motłochowi dopomagały władze, układając spisy podejrzanych; chwytano ich, jeśli zaś zdołali się zawczasu ukryć, to, jako „zakładnice”, szły ich żony lub siostry. Każdego zakładnika można było uważać za skazanego z góry na śmierć zgodnie z ogłoszoną przez władze i przez gazety bolszewickie zasadą, że na każdy „kontrrewolucyjny występ” odpowiadać należy tysiącem burżujskich głów. Protestował przeciw temu w liście do Lenina jeden z patryarchów rewolucji, kniaź Kropotkin; wyobrażamy sobie, jak ubawić musiała Lenina naiwność staruszka, nie orjentującego się na drogach wielkiej rewolucji. — W rok potem,we wrześniu, eksplodowały w klubie bolszewickim w Moskwie podrzucone bomby. Było kilku zabitych i rannych. Po wybuchu wpada do głównej Cze-ka blady, wzruszony Dzierżyński i wydaje rozkaz natychmiastowego rozstrzelania, według spisów,wszystkich przedstawicieli starego reżymu, wszystkich hrabiów i książąt we wszystkich więzieniach i obozach koncentracyjnych Moskwy.”
Zaręczam Wam, że to wszystko jest zaledwie czubkiem góry lodowej. W cytowanym fragmencie Zdziechowski nie podaje narodowości tych „burżujów”, którzy byli wyłapywani i mordowani. Większość z nich stanowili Rosjanie (w końcu to była jeszcze do niedawna Rosja), ale łapano wszystkich, którzy byli znani miejscowym rewolucjonistom z tego, że posiadali jakikolwiek sklep czy zakład usługowy, lub byli zatrudnieni na posadach wymagających pracy umysłowej. Zatem do likwidacji trafiali też i Żydzi. Żydom z CzeKa nie sprawiało różnicy, czy dopadli Rosjanina, Polaka, Łotysza, czy Żyda. Ważne były dwie sprawy: rewolucyjna gorliwość i fanty, które można było wynieść z burżujskiego domostwa.
Putin o takich sprawach doskonale wie, jednak jego wypowiedziami kieruje interes polityczny. Sprawa przesiedlenia Żydów europejskich była szeroko komentowana nie tylko w europejskiej prasie, także tej wydawanej przez Żydów, ale także na europejskich ulicach. To znamienne, że człowiek żyjący w międzywojniu, aby się czegoś dowiedzieć musiał sięgnąć po książkę czy gazetę. Nie miał w kieszeni telefonu z dostępem do sieci a mimo to lepiej orientował się w świecie niż otumanieni powszechnością informacji ludzie nam współcześni. Ówczesna szkoła, mimo narzekań na jej poziom (wtedy też kruszono kopie o upadku szkolnictwa), dawała uczniom solidniejszą wiedzę niż obecna. Propaganda musiała się bardziej wysilić niż ta, która ogłupia obecnie. Ludzie w średnim wieku i seniorzy gdy usłyszą taki stek łgarstw, półprawd i faktów serwowanych przez polityka zorientują się, że ktoś próbuje ich zrobić na szaro. Problem przedstawia młodzież, której się obecnie wtłacza do głów to o wyjątkowości ofiary poniesionej przez Żydów podczas ostatniej wojny światowej. Oni, z małymi wyjątkami, przyjmą wszystko. Wystarczy tylko cierpliwie powtarzać: Polacy to antysemici... Może nie wszyscy, ale antysemici. Sowieci wcale nie napadli na Polskę 17 września 1939 roku. Nie mogli napaść na Polskę, bo Wilno, Grodno, Lwów leżały na terytorium Białorusi. Mało tego. Sowieci nie mogli zająć Kresów bo wojna zaczęła się dopiero w 1941 roku... Zerknijcie na mapę, która pojawiła się w filmie wyświetlanym podczas Światowego Forum Holokaustu w Jerozolimie zorganizowanej w Yad Vashem w Jerozolimie. Jeszcze kilkanaście lat i okaże się, że Gułag był wymysłem Sołżenicyna... Ale czym się przejmować? Jest pięknie!

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Co Ci przypomina, co Ci przypomina?

sierpnia 31, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Niedawna awantura o podwyżki dla parlamentarnej gromadki, zwiększenia dotacji dla partii itp. wzbudziło w ludzie pracującym (albo nie) miast i wsi wiele mało życzliwych uczuć. Jeśli ktoś ma oczy służące nie tylko do wypatrywania psich kup na chodnikach, powinien zauważyć, że w naszym pięknym i nieszczęśliwym kraju pobiera płace zbyt wiele osób zatrudnionych w budżetówce. Oczywiście w ich przekonaniu są oni wprost niezastąpieni, bo... kto by tym wszystkim zarządzał? Czym zarządzał? To wiedzą jedynie ONI.
W powszechnej świadomości budowane jest przekonanie, że Polska w okresie międzywojennym była krajem mlekiem i miodem płynącym. Jeśli istniały jakieś niedostatki, to zostały one wyeliminowane po zamachu majowym. O tym, że jest to zwykłe łgarstwo próbują przekonać swoich czytelników choćby Rafał Ziemkiewicz i Sławomir Suchodolski opisując liczne przeniewierstwa i skandale z lat 1926 – 1939. Jeśli chodzi o okres odrobinę wcześniejszy, pojawia się w mediach społecznościowych opinia, że rządy przedsanacyjne radziły sobie z kumoterstwem i łapówkarstwem, wprowadzając odpowiedzialność życiem za wspomniane patologie w funkcjonowaniu państwa (chodzi mi przede wszystkim o red. Otokę - Frąckiewicza). Czy tak było w rzeczywistości? Przeczytajcie felieton Aleksandra Świętochowskiego zamieszczony w „Myśli Narodowej” nr 4 z 1926 r.:

„Nad chorym rdzeniem pacierzowym Polski, nad wyniszczonym skarbem państwa odbywa się w dalszym ciągu wielkie konsyljum, w którem uczestniczą nie tylko specjaliści miejscowi i znakomici medycy zagraniczni, ale również i swojscy znachorzy, a nawet wszyscy lekarze Stańczyka, którzy według niego stanowią najliczniejszą klasę społeczną. Ostatnio wezwany został na naradę głośny znawca finansów, profesor amerykański Kemmerer. Dlaczego to konsyljum trwa blizko od roku i nie zapowiada swego końca – trudno zgadnąć. Wszyscy bowiem, zarówno miejscowi, jak sprowadzeni z zagranicy jego członkowie stawiają tą samą djagnozę i zalecają te same leki. Polska – mówią – jest nadmiernie "rozbudowana", przeto utrzymanie jej w tej postaci przechodzi siły materjalne narodu; sprawiła sobie organizację "na wyrost", posiada urzędy, wydziały, a nawet całe instytucje "zapasowe", lub utworzone jedynie, jako żerowiska dla pasorzytów i kolonje dochodowe dla krewniaków i przyjaciół władz ustawodawczych i rządowych. Blizko miljon ludzi pobiera pensje państwowe, nieraz bardzo wysokie i nieodpowiadające ani uzdolnieniom sowicie opłacanych jednostek, ani wartości ich pracy. Ta ogromna armja urzędnicza nie tylko zawiera wysoki procent gatunków moralnie zgniłych, ale nadto przyczynia się do skomplikowania i splątania administracji, opóźniającej bieg wszelkich spraw i tamującej prawidłowy rozwój życia. Przeważnie jest albo leniwa i niedołężna, albo łupieżcza i przekupcza. Liczne przedsiębiorstwa państwowe, które powinny dawać wielkie zyski, dają wielkie straty albo mizerne dochody. Mórg lasu rządowego - a jest ich 5 miljonów - przynosi 7 zł. bez podatków! Folwarki rządowe, doskonale zaopatrzone, położone w pierwszorzędnych ziemiach, nie pokrywają swych rozchodów. Po łokcie i ramiona zanurzają się rabunkowe ręce w skarbie, wyczerpując z niego korzyści osobiste. Często niejedna, ale dwie, trzy i cztery pary rąk wykonywają łącznie tę pracę. Mąż, żona, syn, córka, brat, siostra - całe stadko rodzinne obsiada nieraz rozmaite urzędy w jednej lub kilku instytucjach i wydziobuje z nich pożywne ziarnka, gdzie indziej znowu właściciele majątków ziemskich, domów miejskich, przedsiębiorstw handlowych i przemysłowych doją krówki rządowe, podczas gdy tysiące bezrobotnych i głodnych inteligentów daremnie wystawiają na tani najem swoje stroskane głowy i puste ręce. My o tem wszystkie m doskonale wiemy bez pp. Youngów i Kemmererów; nam potrzebna jest nie wskazówka, gdzie tkwi zło, ale rada, jak zniszczyć jego źródła. A tego nas nie nauczy najgenialszy finansista zagraniczny. Zburzyć bowiem tę wielką i mocną budowę łupiestwa, której niezliczone cegły grubego i mocnego muru spojone są cementem "uzgodnionych" władz, wpływów partyjnych, wzajemnej obrony i pomocy organizowanych klik - jest to przedsięwzięcie,przerastające siły średnio uzdolnionego i średnio śmiałego reformatora. Może zsumowani razem Zdziechowscy i Moskalewscy wyrównaliby rozumowi i energji Mussoliniego, ale gdzie są u nas faszyści? Gdzie są miljony obywateli, ogarniętych płomieniem patrjotyzmu, łączących się w zwarte szeregi dla wytępienia szkodnictwa, odważnych i karnych, poruszających się ogromną masą po szerokiej drodze do wspólnego celu. Czy jest w naszem życiu jakaś święta sprawa, jakieś wielkie hasło, jakiś alarm niebezpieczeństwa, jakiś krzyk ratunku, któryby porwał masę społeczną do zbiorowego czynu? Trzebaby chyba zwalić na nas hordy bolszewickie grożące zagładą, ażeby taki poryw wywołać i do bohaterstwa pobudzić. Bez blizkiego widoku śmierci nie zdobędziemy się na żaden "cud nad Wisłą". Pozostaniemy społeczeństwem sflaczałem, wystudzonem, biernem, pozwalającem robić z siebie wszystko, co się podoba jakiejś rozkiełznanej zuchwałości, robaczej ambicji lub krótkowzrocznemu rozumowi. To nie jest bynajmniej objaw niszczącej choroby lub uwiądu starczego; my jesteśmy narodem młodym i zdrowym, ale łagodnym, uległym i przez długą niewolę osłabionym w energji i przyzwyczajonym do poddaństwa. Ktokolwiek chwyci buławę, stajemy kornie pod jego komendą; ktokolwiek ma bat w ręce, my zginamy karki. Łączymy w sobie najjaskrawszą sprzeczność, jaką można sobie wyobrazić: wyuzdane warcholstwo jednostek i cierpliwą potulność ogółu, oszalałą zuchwałość wodzów i zajęczą lękliwość gromad. Czyby tak było u nas, jak jest, gdyby społeczeństwo wszelkiemi sposobami, jakimi opinja publiczna zwykła się wyrażać, protestowało przeciwko opłacaniu ministerjalnemi pensjami 555 ustawodawców, z których ¾ nic nie rozumie z roztrząsanych w Sejmie spraw, nic się nie odzywa, nic nie robi, tylko wykonywa mechaniczne ruchy głosowania według komendy przywódców. Po co ono płaci przeszło sześć miljonów złotych rocznie za pracę, którą prędzej, lepiej i taniej mogłaby wykonać czwarta część tej czeredy? Dlaczego ono znosi i morderczemi podatkami opłaca ogromną armję urzędniczą, w której co najmniej połowa trudni się grabieżą, plątaniem wątku spraw najprostszych lub tylko spożywaniem poborów miesięcznych? Dlaczego uczciwi obywatele, widząc krzyczące nadużycia w majątkach i przedsiębiorstwach państwowych, poprzestają na prywatnych szeptach lub bezimiennych doniesieniach do gazet? Dlaczego rozumni i niepodlegli tyranji partyjnej robotnicy nie wystąpią w wielkich zgromadzeniach przeciwko dogmatyzowaniu przykazań demagogji i nietykalności "zdobyczy społecznych" proletarjatu, które wytwarzają zastój w pracy i rodzą coraz większy tłum bezrobotnych? Słowem dlaczego społeczeństwo samo nie podejmuje walki z nieuczciwością, uwodzicielstwem i głupotą? Jeżeli jest gdzieś na kuli ziemskiej nie znakomity znawca gospodarki finansowej, ale genjalny konstruktor narodowej administracji, potężny burzyciel twierdz uprawnionego bandytyzmu, nieustraszony pogromca smoków społecznych, wreszcie czarodziej, umiejący wydobyć z narodu siłę twórczą i samozachowawczą - tego sobie sprowadźmy, niech nam da radę. Ale Youngowie, Kemmerery i inni konsultanci nic nam nie pomogą, a najwyżej zaświadczą przed światem, iż Polska jest organizmem zdrowym, pięknym, żywotnym, ale ograbianym przez szajki łupieżców i niszczonym przez gromady pasorzytów. Nie potrzebuje ona leków, ale potrzebuje gwałtownie czujnej i energicznej policji obywatelskiej, proszków, tępiących robactwo i kąpieli. To wystarczy do jej odrodzenia.
W naszem życiu społecznem tragizm łączy się ciągle z komizmem. Skutkiem giełdowej zniżki wartości złotego naturalnie wzrasta drożyzna. Rząd i prasa uderzyły na nią łącznym atakiem: w tym celu rząd... podwyższył cenę wyrobów tytuniowych a prasa cenę sprzedawanych numerów. Budująca konsekwencja, według przysłowia: "co wolno Jowiszowi, tego nie wolno wołowi". Jowisze monopolu tytuniowego i wydawcy gazet nie podlegają kontroli w swych kalkulacjach handlowych, więc nie tylko mogą uprawiać bezkarnie lichwę, ale nawet tamować ją i karać na całej przestrzeni handlu po za ich granicami. Co innego prywatny kupiec, a zwłaszcza sklepikarz. Tego można chwytać na każdym uczynku lichwy i stawiać pod sądem. Już przed wielu laty „Neue Freie Presse” wykazała na wystawie w Wiedniu, że do prenumeraty każdego abonamentu dokłada 32 guldeny rocznie i że tę różnicę pokrywa dochodem z ogłoszeń. W podobnem położeniu znajdują się wszystkie dzienniki, szeroko rozpowszechnione: nowi prenumeratorzy nie są dla nich zyskiem, lecz stratą, a najkorzystniej byłoby mieć jednego, gdyby oczywiście na to zgodzili się dający ogłoszenia. Warszawscy przeto wydawcy,podnosząc cenę swoich gazet, osiągnęli korzyść podwójną: zwiększyli zysk z każdego numeru i zmniejszyli ilość sprzedawanych egzemplarzów. Jaką to elegantką jest drożyzna, jak ona umie przebierać się w najrozmaitsze szaty! A zawsze na benefis dobra publicznego!”
ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI

wtorek, 25 sierpnia 2020

Jakie to wszystko proste...

sierpnia 25, 2020 Posted by Onufry Okowita , , 1 comment

Jarosław Haszek włożył w usta swej najbardziej znanej postaci, czyli dobrego Wojaka Szwejka, następujące zdanie: „Jak tam było, tak tam było. Nigdy jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było”. Właściwie nie byłoby warto o tym pisać, bo jakoś tam było, gdyby nie dwie sprawy. Mam na myśli poniższego tłita.

Sprawa pierwsza dotyczy tego w jaki sposób męskie pary dostają dzieci. Przecież ich chyba nie rodzą... Parom damsko damskim zapewne jakoś tak łatwiej. W końcu natura tak działa, że zdecydowanie łatwiej zapłodnić kobietę, także wtedy jeśli każe na siebie mówić Władek. A nawet Wacek... Nosiciele fujarek muszą załatwiać sprawy inaczej. Czy jednak w domach dziecka jest tak dużo dzieci do przysposobienia, że wystarczy dla wszystkich? A co jeśli chłopak chłopak w parze homoseksualnej będzie chciał mieć jednak dziecię z jego DNA? Przecież kobiety są dla niego wstrętne! Co zrobi? Kupi dziewięć miesięcy czasu jakiejś dziewczyny, która zgodzi się na zapłodnienie in vitro oraz dziecko? Czy to nie przypomina handlu ludźmi?
I sprawa druga. Z liczby polubień tłita może wynikać, że spora grupka obserwujących Pannę L. najzwyczajniej połknęła stwierdzenie niczym oczywistą oczywistość, lub pelikan rybkę. Może gdybym miał jakieś 15 lat mniej i oglądał wieczorami TVN zaś rankami zaczytywał się w GW, wtedy również przyklasnąłbym powyższym słowom. Jednak tak nie jest. Czy jednak zaprzeczam temu, że mieszkające w Belgii kobiety procentowo rodzą więcej dzieci niż Polki? Nie! Zgadzam się z tym bez zastrzeżeń. Dlaczego więc szukam drugiego dna? Po pierwsze czy Belgowie są aż tak majętni aby zapłacić surogatkom za tak wiele noworodków? I to każdego roku? A po drugie, to czy Panna L. i jej miks potakujących wzięli pod uwagę imigrację? Tych wszystkich ludzi, którzy trafili do Belgii w ostatnich latach? Aby ułatwić wam zadanie pozwoliłem sobie skopiować z Wikipedii kilka zdań na temat imigracji. Wystarczy teraz poszukać w wujaszku Googlu informacji na temat dzietności przybyszy z Bliskiego Wschodu i Afryki. To łatwe. No chyba, że w zadku macie prawdę...
„At the beginning of 2012, people of foreign background and their descendants were estimated to have formed around 25% of the total population i.e. 2.8 million new Belgians. Of these new Belgians, 1,200,000 are of European ancestry and 1,350,000 are from non-Western countries (most of them from Morocco, Turkey, and the DR Congo). Since the modification of the Belgian nationality law in 1984 more than 1.3 million migrants have acquired Belgian citizenship. The largest group of immigrants and their descendants in Belgium are Moroccans. 89.2% of inhabitants of Turkish origin have been naturalized, as have 88.4% of people of Moroccan background, 75.4% of Italians, 56.2% of the French and 47.8% of Dutch people.”

piątek, 31 lipca 2020

Komu służą podziały?

lipca 31, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

To śmieszne. Odwołano wcześniejsze wybory, mimo że urzędujący prezydent mógł wygrać je w pierwszej turze. Skonstruowano w tym celu teatrzyk, który przekonał mnóstwo ludzi zamieszkujących nasz piękny i nieszczęśliwy kraj. Zmarnotrawiono przy okazji (ktoś pewnie zarobił, prawda?) wiele milionów. Po co? Odpowiedź nasuwa się sama. Aby pogłębić podziały.


Kto na tym zyskał? Oczywiście koalicja zarządzająca, mimo wzajemnego i nieustannego kopania po kostkach. Poza tym drugi oddech złapała totalna opozycja. Może dzięki temu nie rozpadnie się lada moment. Dlaczego sądzę, że wygrały obie bandy bezwzględnych rabusiów? Bo udało się ocalić status quo. Obie strony żyjących polityką nienawidzą się jeszcze bardziej, niźli przed wyborami. Takim społeczeństwem łatwiej rządzić. Gniew zakłóca rozumowanie. Człowiek niedostrzegający tego, co się rzeczywiście dookoła niego dzieje jest wymarzoną marionetką. Co ciekawe łapią się na ten numer nie tylko wąsaci Janusze i zawistne Grażyny, ale i tacy, którzy chlubią się ukończeniem wyższej uczelni. Czy ludzie się ockną? Sądzę, że nie. Zbyt duże środki przeznaczono na sterowanie ludem, aby zezwolono na pobudkę.
W jaki sposób można zniweczyć z takim trudem budowane podziały? Albo znaleźć wspólnego wroga, albo pozwolić by obie strony starły się inaczej niźli słowami. Zdają sobie z tego sprawę nawet dzieci.
Byliśmy bodaj w szóstej klasie podstawówki. Zima jak się patrzy i bitwy na śnieżki po lekcjach. Szliśmy zwykle do dzielnicy domków nieopodal naszej budy, gdzie dość łatwo było znaleźć niewykończoną i nieogrodzoną willę. Czasem rzucanie śnieżkami kończyło się nacieraniem twarzy śniegiem skąd już niedaleko do wybuchów gniewu i pojedynków na przewracanki, a nawet pięści. Wtedy też pierwszy raz biłem się na poważnie z kumplem, z którym niewiele wcześniej kradliśmy rybki z akwarium w sali od biologii. Poszedł z pięściami na dziewczynę. Dużo niższą od niego. Dałem mu cztery prawe proste w pysk i poleciał z płaczem po kumpli. Od tamtej chwili durne podziały znikły, zaś wspólnotą staliśmy się (tak to oceniałem) podczas wielkiej śnieżnej bitwy z szóstą E. Niesnaski i wzajemne animozje oczywiście dalej istniały, jednak zdecydowana większość szóstej F trzymała sztamę. Nie wątpię, że podobnie było i ciągle jest w większości podstawówek. Niestety mądrość dziecięca wraz z wiekiem zanika. Nastają młodzi socjopaci, którzy uczą się od rodziców jak wygrywać jednych przeciw drugim. A gdy taki socjopata tafi do polityki to... dopowiedzcie sobie sami!

niedziela, 12 lipca 2020

Czy wybór może być obowiązkowy?

lipca 12, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

Czy zdarzyło się Wam przeczytać cykl powieści Longina Jana Okonia o początkach Stanów Zjednoczonych i związanym z nimi rozpoczęciem zorganizowanej eksterminacji pierwotnych mieszkańców Ameryki Północnej? Gdy byłem gówniarzem w podstawówce wracałem do tych książek wielokrotnie, więc niespecjalnie zdziwiłem się, że po wyświetleniu się na mojej tablicy pejsbuniowej poniższego obrazka, przypomniał mi się jeden fragment. Otóż do wioski indiańskiej, której mieszkańcy chcieli żyć w spokoju, nie włączając się do powstania swych pobratymców, przybył młody i gorliwy oficer armii amerykańskiej. Postawił on wodzowi ultimatum: albo z nami, albo przeciw nam. Mimo deklaracji neutralności wioska została zniszczona, a jej mieszkańcy zmasakrowani.


Zanim propagandysta to narysował, a GW zamieściła powyższe barachło, słuchając zwolenników obu kandydatów do fotela pod żyrandolem, przyszła mi na myśl inna scena. Pamiętam jeszcze stan wojenny i zaopatrzenie sklepów. Gy mama wysyłała mnie do sklepu po chleb, bułki i mleko, pytałem czy mogę kupić też oranżadę. W odpowiedzi słyszałem: „Jak będzie”. Wyobrażacie sobie, że dziś wchodzicie do sklepu, a tam nie ma oranżady? A wtedy zawsze była woda sodowa (nawet nie Cisowianka) i jakiś bułgarski sok, a oranżady nie. Leciałem wtedy szybko do delikatesów, oddalonych może o 100 metrów i tam na stoisku alkoholowym, gdzie były i inne napoje wypatrywałem upragnionego płynu. Na półkach zazwyczaj, mimo kartek, stały tylko Stołowa i Żytnia, czasem coś kolorowego.


Przypatrywałem się nieraz już po szkole facetom, którzy byli „zmuszani” do wybrania jednej z nich. I powiem Wam jedno: nie byli szczęśliwi. Gdy wkroczyłem w dorosłość i miałem okazję skosztować Żytniej, zrozumiałem dlaczego. Czy człowiek zmuszony do kupienia jednego z dwóch paskudztw rzeczywiście dokonał wyboru? Na początku lat osiemdziesiątych wódę produkowało państwo. Wybór był więc iluzoryczny, bo nieważne co pił konsument, krzywił się niemiłosiernie, a następnego dnia „gubił” głowę.
Autor powyższego bohomazu doskonale wie, z czym wiążą się wybory w naszym pięknym i nieszczęśliwym kraju. Tworząc tego typu historyjki obrazkowe sam wskakuje w buty propagandysty. Ta historyjka miałaby sens tylko wtedy, gdyby zostali przepędzeni wszyscy demagodzy zatrudnieni w merdiach, ich kumotrzy z partii politycznych i grona nauczycielskiego czy innych ośrodków wpływających na to w jaki sposób zwyczajni ludzie myślą (mam tu na myśli szczególnie tych, którzy marudzą coś o obywatelskim obowiązku). Czy jest to w ogóle możliwe?

czwartek, 2 lipca 2020

Panie Cejrowski słabiutko!

lipca 02, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , , No comments

(Tekst archiwalny) Ciężko mi się do tego zabierać, bo przez długi czas ceniłem zdanie Wojciecha Cejrowskiego. Jego seria „Boso” była jedną z niewielu, na które chodziłem do rodziny czy znajomych po tym, gdy wywaliłem z domu telewizor. Jednak wszystkie odcinki obejrzane, a Cejrowski zaczął pojawiać się na jutubie. Im więcej wystąpień, tym więcej polityki. W pewnym momencie zaczęło się robić słabo.


Tym momentem była wypowiedź, w której przekonywał o miałkości, jak on to mówił, ruskiej kultury. Pomyślałem: „Panie Cejrowski! Pieprzysz pan!” Już tam pies drapał Puszkina, Lermontowa, Tołstoja, Dostojewskiego, Czechowa, Szestowa, czy Bułchakowa. Mogę się bez nich obyć! Ale Czajkowski, Rimski-Korsakow, Szostakowicz, Skriabin, Głazunow, Strawiński, Prokofiew, Musorgski, Rachmaninow (co ciekawe część z wymienionych ma polskie korzenie), czy dziesiątki innych pomniejszych??? Kim oni byli panie Cejrowski? Mierzwą? Tu mała próbka pochodząca z opery „Borys Godunow” Modesta Musorgkiego (może pan powiedzieć, że to tak odmienne od tego co leci u pana z odbiornika, iż nie jest pan w stanie ocenić – rzeczywiście muzyka country i opera to dwa światy):

Wtedy pierwszy raz przyszło mi do głowy, że pan Cejrowski kwalifikuje się do tych, co bardziej Rosji nienawidzą, niż Polskę kochają. Miał rację Roman Dmowski. Nieważne jak ułożyłyby się stosunki międzynarodowe, zawsze znajdzie się grupa takich właśnie nienawistników w stylu ukraińskich szowinistów narodowych. Wtedy również dotarło do mnie, że nazywając wszystkie narody będące częścią Rosji Ruskimi, jest pan Wojciech człowiekiem mniejszym od tego, którego postać rozmyślnie buduje. I ta małość może wynikać z podłoża emocjonalnego.
A emocje u pana Cejrowskiego mało skomplikowane. Z kolei teraz ja trochę uproszczę. Ludzie zamieszkujący świat dzielą się na komuchów, socjalistów, katolików, konserwatystów chrześcijańskich i całą resztę. Ruscy i Chińczycy są dla WC komuchami. Komuchów trzeba zwalczać. Prezydent Trump głośno gada o walce z komunizmem, socjalizmem, terrorystami i takimi tam, których nie lubi Ameryka, więc jest spoko i trzeba go wspierać ze wszystkich sił. I ta dziwna miłość do prezydenta Trumpa zaślepia pana Wojtka tak bardzo, że pewnych kwestii nie dostrzega, albo je bagatelizuje.
Ot choćby sprawa roszczeń – uroszczeń, które organizacje żydowskie wysuwają w kwestii mienia bezspadkowego w stronę Polski. Sprawa w gruncie rzeczy jest prosta. Pierwszego września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Założyły na części terytorium przedwojennej Polski Generalną Gubernię. Od 1941 roku ich żołnierze zaczęli planowo mordować Żydów, wyłapanych wcześniej na terenach okupowanej Europy, w obozach zbudowanych w tejże Guberni. W międzywojennej Polsce żyło najwięcej przedstawicieli tej mniejszości w porównaniu do reszty Europy, więc siłą rzeczy najwięcej polskich Żydów zabito rękami niemieckich katów lub wywodzących się z innych narodowości garnących się do oddziałów SS. Teraz organizacje żydowskie doliczyły się, że Polska jest winna im bilion złotych za mienie osób zamordowanych przez okupantów. Ci Żydzi nie pozostawili ani jednego spadkobiercy. Ustawa 447 została ratyfikowana przez Kongres, a podpisał ją bohater pana Cejrowskiego prezydent Trump.
Co na to pan Cejrowski? Bzdurzy, że prezydent Duda powinien powiedzieć Trumpowi, że w Polsce jest takie same prawo dotyczące mienia bezdziedzicznego, jak w USA czy Izraelu. I to według WC ma załatwić sprawę. Panie Cejrowski myślisz pan, że Trump i jego administracja o tym nie wie? Zlituj się pan, bo pęknę ze śmiechu! Oni mają to głęboko w rzyciach. Większość systemu bankowego amerykańskiego jest obstawione przez różnych -baumów, -smithów, -feldów itp. Umiesz pan wyciągać wnioski?
Miłość do prezydenta Trumpa idzie u Wojciecha Cejrowskiego jeszcze dalej. Weźmy choćby sprawę konfliktu ekonomicznego rozgrywającego się między USA i Chinami. W jednej z ostatnich audycji „Studio Dziki Zachód” w Radio Wnet (link poniżej) Wojciech Cejrowski wypowiedział się na temat wojny celnej, która trwa od stosunkowo niedawna między dwoma mocarstwami. Pozwolę sobie zacytować tę wypowiedź (jeśli chcecie odsłuchać całość zapraszam poniżej):
„Chiny proszą grzecznie o spokojne i ciche negocjacje w sprawie sporu o cła. Wszyscy mówili, gdy Trum wchodził w tę wojnę celną, że Trump ją przegra, gdy tymczasem okazuje się, że Chiny klęknęły na jedno kolano i proszą o spokojne i ciche negocjacje. Sami wystosowali prośbę. Wysoki urzędnik chiński – to wiadomość z dzisiejszego poranka z amerykańskiej telewizji, czyli tam z wczorajszej nocy pewnie – wysoki urzędnik zwrócił się o takie negocjacje do Stanów Zjednoczonych, gdyż azjatyckie rynki opadły na ryje swoje, a chińska waluta spadła do nianiższego poziomu, jeśli chodzi o jej wartość na rynkach międzynarodowych, do najniższego poziomu od jedenastu lat pod wpływem tych twardych negocjacji Trumpa. (…) Biznesmen Trump ograł w pewnym sensie Chiny, wymusił na nich sprawiedliwość, bo Chińczycy mieli cła nałożone na towary amerykańskie, nie wspominając o europejskich, polskich, niemieckich, francuskich, angielskich. Na wszystko co wjeżdża do Chin są cła.”
Na początek pytanie: skąd pan Cejrowski to wie? No sam powiedział, że z amerykańskiej telewizji. Pytanie drugie: skąd wie, że amerykańska telewizja mówi prawdę? Panie Cejrowski może dlatego, że jest amerykańska?
Nie jestem znawcą Chin, chociaż od ładnych kilku lat sporadycznie czytam na ten temat. Przeczytałem kilkanaście lat temu pewną wyśmienitą i bardzo popularną swego czasu w biznesowych kręgach książkę Sun Tzu „Sztuka wojny”. Zostało mi z niej stosunkowo niewiele w pamięci, ale mogę zwrócić uwagę, na rolę jaką ten starożytny myśliciel przykładał do wprowadzania przeciwnika w błąd. Trzeba mieć uwagę mocno zaprzątniętą innymi sprawami, aby nie zauważyć, że w jednym zdaniu wysoki chiński urzędnik zawarł co najmniej dwa komunikaty: jeden to mało zawoalowana obraza amerykańskiego prezydenta (jesteś gościu prostakiem z rozdartą gębą) i ostrzeżenie umieszczone w słowach: grzeczna prośba. Na moje oko, słabe przecież, wygląda to tak, że Chiny mówią: ok, cieszcie się z tego, że powiedzieliśmy, że wygraliście. Chińska sztuka dyplomacji liczy ponad 2 tys. lat, więc...
To jedno. A drugie to słowa pana Cejrowskiego o tym, że chińskie towary były sprzedawane w USA bez doliczania ceł i o tym, iż azjatyckie giełdy opadły na ryje swoje. Dużo mi to nie zajęło. Trafiłem na bloga profesora Bogdana Góralczyka, który w Chinach i innych krajach Dalekiego Wschodu spędził ładny kawałek czasu:
„Czy prezydent Donald Trump dał się w ostatniej chwili przekonać innym przywódcom na szczycie G7? A może wziął pod uwagę negatywne sygnały z giełd i amerykańskiego biznesu? Sam napisał, że pojawiły się nowe, pozytywne sygnały z Pekinu. Zanim jednak przywódca USA wypowiedział się w Biarritz w porozumiewawczym tonie, sytuacja wydawała się groźna.
Dwa fakty z 23 sierpnia zachwiały giełdami (Dow Jones zanotował tego dnia spadek o ponad ó00 punktów, Nasdaą spadł o 3 proc.) i postawiły przed światową gospodarką wyzwania trudne jeszcze do pełnej analizy i oceny.
Rankiem Chińczycy ogłosili podniesienie swych ceł na amerykańskie towary wartości 75 mld dolarów. Zapewne byli zdesperowani brakiem postępów w prowadzonych rozmowach albo mieli przecieki lub wiedzę, że Amerykanie nie tyle dążą do porozumienia, ile raczej idą w odwrotnym kierunku.
Jeszcze tego samego dnia prezydent Donald Trump, jak zwykle na Twitterze, tyle że tym razem w tekście dłuższym, bo aż czteroczęściowym, poinformował, że od 1 października USA podniosą cła na chińskie towary już obłożone podwyższonymi cłami, z 25 do 30 proc. Dodatkowo od 1 września podwyższą cła z 10 do 15 proc. na pozostały import z Chin wart 300 mld dolarów. W ten sposób podwyższone stawki celne będą obejmowały praktycznie cały import z Chin.” Warto przeczytać cały tekst, który znajdziecie pod tym adresem: https://tiny.pl/t1fsj
A zatem panie Cejrowski potrafił pan (albo pańscy ludzie) znaleźć ciekawe rzeczy dotyczące pożarów w Amazonii, ale w sprawie opisanej powyżej poległ pan na całej linii. Dobra nie wyzłośliwiam się dalej (a mógłbym), chociaż od człowieka, który uważa się za prawicowca spodziewałbym się więcej.
Ten materiał z Radia Wnet znajduje się poniżej:

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Raport z pokręconego kraju. Cz. 1: Kupa!

czerwca 29, 2020 Posted by Onufry Okowita , , , No comments

Obudziłem się kilka minut po czwartej i jak każdego dnia złapałem za sztangielki aby się należycie ocknąć. Po kilkunastu seriach włączyłem lapka, aby sprawdzić jakim wynikiem zakończyły się wczorajsze wybory. Odpaliłem dwa pejsunia i aż mnie zatkało. Co jest? Niby gęby te same ale nazwiska jakieś dziwne. Mało tego! Większość wiadomości zaczynała się następująco: „W pierwszej turze wyborów prezydenckich w Borzdze zwyciężył dotychczasowy prezydent...”

Jaka Borzga do diabła? Przetarłem oczy i czytałem dalej: „Amtszej Buba zdobył 43 proc. głosów. Do drugiej tury dostał się również Lawau Dszazgofzgi z poparciem 31 proc. wyborców.” O co tu do ch... wafla chodzi? Jaki Amtszej, jaki Lafau? Co jest grane? 

Nie zniechęciłem się jednak. Czytałem dalej. Z wiadomości wynikało, że trzecią lokatę osiągną Gouofmia, a czwartą Pozag... I wreszcie dotarło do widać jeszcze zaspanego łba, że coś musiało się pokręcić. Gęby te same, poglądy i sposób wysławiania też, tylko nazwy się pozmieniały. Pozmieniały z mojego punktu widzenia oczywiście! O krótkiej chwili zrozumiałem, że jestem w pokręconym kraju. Niech tak będzie. Zawsze podejrzewałem, że żyję w pokręconej rzeczywistości, więc co za różnica? Jest jak jest!
Przejrzałem po łebkach pejsunia oraz dłiderka i okazało się, że znowu wszyscy wygrali, że ci, którzy głosowali na innych kandydatów to nie przymierzając cymbały, młoty, idioci i co tam jeszcze. Poważniejsi komentatorzy raczyli zauważyć, że Buba i jego patron nie wygrali w pierwszej turze, gdyż odpuścili pierwszy termin. Tu można się zgodzić. Częściowo.
Co by się stało, gdyby nie przełożono wyborów na później i do rywalizacji stanęła Gitafa-Puomzga? Czy największy wróg BiZ-u oraz jego wyznawców przetrwałby po takiej klęsce? Kogóż nienawidziliby bizuary? A tak do drugiej tury przeszli ci, którzy mieli to zrobić. Nagle też zyskali na znaczeniu ludzie (właściwie ich głosy), którzy zdecydowali się zagłosować na Pozaga i którzy byli do niedawna nazywani przez bizuarów: luzkie onuce. Przyznam, że są oni w kropce.
Bo niby na kogo postawić krzyżyk w drugiej turze? Obaj kandydaci to ukryci bolszewicy. Jeden przebrany w czarny płaszczyk ze świętym medalikiem na szyi. Drugi okryty tęczową pelerynką. Jak tu wybrać? Postawić krzyżyk obok nazwiska osobnika, który posiada charakter przypominający ekskrement o konsystencji budyniu, czy może tego, którego istota może przypominać twardą kupkę, lecz ta po poruszeniu jej kijaszkiem flaczeje ziejąc dookoła niewiarygodnym smrodem.
Jeśli ktoś zmusza do wyboru w takich okolicznościach, to niech łaskawie weźmie w łapkę młotek i sobie nim przyj... raz, a konkretnie. Dotyczy to oczywiście mieszkańców pokręconego kraju!