Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

wtorek, 29 listopada 2011

Nil desperandum cz. 2

listopada 29, 2011 Posted by Onufry Okowita , No comments

Przygotowywaliśmy się właśnie go pełnienia warty. Kałachy rozłożyliśmy na stołach i pracowicie je pucowaliśmy. Przy stoliku podoficera dyżurnego zadzwonił telefon. Okazało się, że to ktoś do mnie w odwiedziny. Cholera! Jakie są procedury? Samotnie z kałachem po jednostce śmigać nie można. To jak? Okazało się, że dowódca warty może mnie tam zaprowadzić. Złożyłem karabin i pod bramę. Przyjechał Kura z brejdakiem. Znaleźli studia, na które będę mógł się dostać mimo tego, że służę ojczyźnie. Co więcej będę mógł ową służbę przerwać przed rozpoczęciem roku akademickiego. Pasuje! Jeszcze niecałe trzy miesiące i wolność:) Nie będę musiał popijać więcej szlamu z bajorka:) Jupi. Jako, że pieniędzy z żołdu starczało jedynie na kilka ramek fajek i parę piwek, Kura zaproponował, że wszystko załatwi. Badania lekarskie, opłaty itd. Powiedziałem mu jedynie gdzie w domu znajdują się moje papiery. To się nazywa kumpel. Potem jeszcze parę razy mnie uratował, gdy stałem pod ścianą. Jeśli kiedyś przeczyta tego posta, niech wie, że jestem mu bardzo zobowiązany. Przyjaciela poznaje się w biedzie. Mimo, że kontakt się urwał, wspominam go bardzo często.
Wracając do tematu, rzeczywiście przyszło do domu zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Gdy pokazałem je porucznikowi zarżeli, ale musieli puścić. Jakby nie było do rozmowy należało się odrobinę przygotować. W końcu niemożna powiedzieć o wojsku, że jest wylęgarnią wiedzy. Zdebilałem tam tak bardzo, że chyba już bardziej nie można. Kura dostarczył mi dwa bryki (literatura i historia polski) więc w jedynym możliwym terminie, czyli w noc przed rozmową przeczytałem je oba. Rano dostałe przepustkę do piętnastej. Łaskawcy. Wyjściowy mundur, trolejbus i do humanika. Kura już na mnie czekał. Przed pokojem przesłuchań poznałem kolegę Josepha - który miał się stać już niebawem kolejnym przyjacielem. Wchodziliśmy po sobie i obaj przebrnęliśmy rozmowę całkiem dobrze. Słowem dostaliśmy się. Miałem wyjść do cywila pod koniec września. Ale zanim to nastąpiło pojechaliśmy na poligon do Nowej Dęby.
Dookoła piach i sosnowy las. Upał jak we wrześniu 1939. A my na zmianę rozstawialiśmy pola minowe, uczyliśmy się jak rozbrajać miny, wszystko czołgiem oczywiście. Znaczy na brzuchu:) A wieczorami słuchaliśmy z zazdrością jak kadra odpoczywa przy wiadrach wódy. Każdego wieczoru mieliśmy iść na nocny marsz, ale dziwnym trafem nigdy nie wyruszyliśmy na nocny bój z zaczajonymi korzeniami. Fart czy co? Niemniej to popijanie dowództwa mogło posłać ich w kosmos. Dosłownie. Ostatniego dnia ćwiczyliśmy wykonywanie błyskawicznych wykopów pod samochód ciężarowy i BWP. Trzeba było jedynie wywiercić świdrem otwory odpowiednie głębokości w określonych w instrukcji odstępach, napchać to nich trotylu, wetknąć w to spłonki, połączyć wszystko na wszelki wypadek lontem detonacyjnym, podłączyć magistralą do zapalarki, schować się i bum. Wykop jest i to bez machania łopatami:) Ale zostało nam ponad pół tony materiałów wybuchowych, które trzeba było zutylizować. No to kapitan rozkazał wrzucić to wszystko do wykonanego przed chwilą dołu. Ja miałem rozwinąć monad 200 metrów magistrali z bębna. Co zrobić? Rozwinąłem z językiem na brodzie i czekam. Pić się chce jak diabli a nikt nie nadchodzi. W końcu przyszli. Z duszą na ramieniu. Skała (też zmieniam nazwiska), czyli nasz dowódca rzucił spłonki na ponad pół tony kostek trotylu, min przeciwpancernych i lontu detonacyjnego. Porucznik Dudzior zbladł. Potem zbladł kapitan. O mały włos a zwiedzaliby kosmos bez wahadłowca. Czysty fart. Takie są skutki długiego picia wódki. Bulba!

0 komentarze:

Prześlij komentarz