Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Do ciupy za przepis

lutego 13, 2012 Posted by Onufry Okowita , , , No comments

ACTA to czubek góry lodowej. Wbrew temu co podkreślają giganty medialne i wiszący u ich klamki media oraz uzależnieni od ich zmarszczenia brwi artyści różnorakiego autoramentu, rzecz nie dotyczy obrony praw tych ostatnich. Najbardziej znamienity przykład to prawa do wizerunku Myszki Miki i innych postaci wymyślonych przez Walta Disneya, które już ładnych parę lat temu powinny trafić do domeny publicznej. I co? Jajco!
Inaczej wygląda to w przypadku twórców działających obecnie. Na duży szmal zagwarantowany kontraktem mogą liczyć jedynie ci, którzy są na topie. Reszta musi zadowolić się drobnymi (ok. 2-3% zysku ze sprzedaży) i dorabiać w prasie, na koncertach, w teatrze i gdzie tylko to możliwe. Wrzaski w obronie ACTA podnoszą więc ci artyści, którym wydaje się, że mogą dużo stracić (zmarszczona brew giganta), albo kompletnie nie rozumieją tego, że obowiązujące prawo autorskie chroni ich wystarczająco. Inne wytłumaczenie jest prozaicznie oczywiste: krzykacze mają cosik z głową. Kilkadziesiąt lat ochrony utworu to co najmniej nieporozumienie. Prawa do utworu przechodzą po śmierci twórcy na jego bliskich. Więc jeśli utwór jest bardzo popularny i grany często w radio, odtwarzany w tv czy wydawany w formie drukowanej dzieci a nawet wnuki twórcy mogą osiągać znaczące dochody. Zdaniem Richarda Stallmana, które gorąco popieram, sytuacja taka jest nie do przyjęcia. Stallman sprzeciwia się temu, że potencjalnie może pójść za kraty za to, że udostępnił w sieci czyjś przepis na coś dobrego do jedzenia. Ma rację. Tym bardziej jeśli autora przepisu od dwudziestu lat konsumowałyby robaki.
Tak długa ochrona prawna jest nieporozumieniem. Jej efektem może być frustracja rzeszy odbiorców, którzy chcieliby wysłuchać, przeczytać, obejrzeć to co nie zostało przedstawione ogółowi za życia twórcy. A nie mogą tego zrobić bo spadkobiercy dawkują nad wyraz wstrzemięźliwie spuściznę (przykład z naszego podwórka to robota żony Czesława Niemena).
Pomysł na rozwiązanie patologii jest według Stallmana nieskomplikowany. Ochrona prawna utworu powinna trwać dziesięć lat. Wprawdzie nie mam pojęcia dlaczego akurat dziesięć, ale wydaje mi się, że przez ten okres czasu twórca może zarobić na jego sprzedaży co najmniej wystarczająco. Oczywiście jeśli utwór jest dobry i przynosi zyski. Podkreślić muszę, że biblioteki i archiwa pełne są utworów, których niemal nikt nie czyta, słucha, ogląda. A mimo to, niemal za każdym razem trzeba walczyć ze spadkobiercami o zgodę na jego ponowne wprowadzenie do obiegu w jakiejkolwiek formie. Co siedzi w głowie takiego spadkobiercy? W oczach pojawiają się bez wątpienia pieniążki, a na gębie uśmiech rozmarzenia, które szybko znikają a zastępuje je postawa psa ogrodnika. Pewnie przesadzam, ale tylko odrobinę;)
Na koniec podkreślę, to o czym wiedzą już miłośnicy książki, filmu i muzyki, do których czasem sięgają za pośrednictwem sieci: ACTA ma dać pałkę do ręki wydawcom i rządom tych krajów, które podpisały porozumienie. I nie ma co się łudzić, że nie ratyfikowane ACTA rozpłyną się jak bałwan na wiosnę. Po taka pałka jest koncernom medialnym i rządom medialnym w świecie cyfrowym koniecznie potrzebna.
Ps. Nie pisałem tutaj o tym, że przez ACTA po zadku dostać mieli chorzy. Tańsze zamienniki leków musiałyby zniknąć z półek aptecznych, bo naruszają prawo autorskie, patentowe i ... zawsze coś można wymyślić.

0 komentarze:

Prześlij komentarz