Wydaje się, że kadra profesorska powinna wykazywać się inteligencją większą od przeciętnego Kowalskiego. Do pożądanych cech owej kadry należałoby włączyć również zdolność przewidywania. Nie twierdzę, że kadra profesorska jest pozbawiona inteligencji i zdolności przewidywania, ale wydaje mi się, że kieruje swe zdolności w niewłaściwą stronę. Możliwe, że krzywdzę sporą część kadry profesorskiej zatrudnionej na polskich uczelniach, nawet tych lubelskich, ale od kilku lat nie daje mi spokoju pewna sprawa.
W jednym ze wspomnieniowych wpisów opisałem jak szefostwo Zakładu Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej przekształconego potem w Instytut Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa "pomagało" mi w zrobieniu doktoratu. Nie znam motywu jakim się kierowali, oprócz tradycji nakazującej wystawianie cierpliwości asystentów na próbę, ale mam pewne podejrzenia, którymi zresztą nie omieszkam się podzielić.
Po kilku podejściach do różnych tematów (narzuconych przez nad wyraz chwiejne kierownictwo) wymyśliłem, że zajmę się problematyką, która moim zdaniem miała stawać się coraz bardziej paląca. "Nielegalny obieg książki elektronicznej" - tak to brzmiało. W 2005 roku, gdy zacząłem prowadzić poszukiwania bibliograficzne na ten temat, okazało się, że temat jest w Polsce dziewiczy. Mój ówczesny opiekun udał się z pytaniem czy się nada do Dyrekcji. Według jego słów, Dyrekcja odesłała go do pani prof. dr hab. dojeżdżającej z Warszawy. Okazało się, że temat jest dobry, tylko trzeba go zawęzić. Skoro tak, napisałem kilka artykułów i referatów, które zostały dobrze przyjęte przez recenzentów. Ale nagle kierownik zakładu przeniósł się na inny wydział, a na jego miejsce powołano wspomnianą wcześniej prof. z Warszawy. Gdy poszedłem do niej zapytać, czy przejmie opiekę nad doktoratem i ewentualnie skonsultować postępy, ta oznajmiła, że temat się nie nadaje.
Miałem wtedy mocniejsze nerwy. Pewnie dziś skończyłoby się to inaczej, ale zdołałem opanować chęć rozpieprzenia w drzazgi kilku gabinetów i obicia paru pysków. W zamian Dyrekcja i Kierownictwo rzuciły mi w zamian temat o muzycznych dokumentach dźwiękowych. I żeby było zabawniej i "bardziej" naukowo, zabroniono mi zrobienia badań ilościowych. Praca miała być teoretyczno - metodologiczna. Krótko mówiąc miała być niewiele wartym ścierwem, gładzącym po plecach polskie bibliotekarstwo. Napisałem to, ale byłem z tego bardzo niezadowolony, a gdy dotarło do mnie, że będę musiał podlizywać się trójce recenzentów, olałem to.
Wiem, to takie nieeleganckie. I na dodatek mało racjonalne. Dużo czasu mi zajęło zrozumienie, że w tej cholernej pracy najważniejsze było podlizywanie się, kapowanie i wykonywanie poleceń z uśmiechem. A tych z własnym zdaniem i zadających niewłaściwe pytania po prostu utrącano. Tak to widzę.
0 komentarze:
Prześlij komentarz