Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

środa, 17 października 2012

Głupota, natura ludzka czy...?

października 17, 2012 Posted by Onufry Okowita , , , No comments




Głupota jest pojemna. Zdaje się, że jej granice są
rozciągliwe jak latex. Ciężko obliczyć jak często ludzie mamroczą pod nosem:


- Ale jestem głupi/-a!


A jakże łatwo przychodzi nam nazwanie innego głupkiem,
młotkiem, taboretem, cymbałem, głąbem, kretynem, debilem, idiotą, itd., itp.
Skąd się to bierze? Poniżanie siebie i innych? Najłatwiej wrzucić to do worka
jeszcze bardziej rozciągliwego niż głupota, który nazwano naturą ludzką. W
gruncie rzeczy łatwiej rzucić w kogoś cymbałem niż zostawić węgierkę pod okiem
jako pamiątkę. Dlatego, gdy czytam artykuł, który tłumaczy lekkomyślność
niewiedzą, mam ochotę zdzielić autora siarczyście w pysk i skląć grubymi słowy.
W tym przypadku jednak nie mogę, bo autorką jest kobieta. I wbrew
pokrzykiwaniem feministek i ich bezrefleksyjnych potakiwaczy, nie zamierzam
zrównywać obu płci. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić siebie jak siedzę na
kobiecie i wymierzam jej policzki wrzeszcząc:


- Ty głupku, debilu, cymbale, młotku...


Odrzuca mnie również sama próba myśli, że tulę pod kołdrą
faceta. Błe!!! Dlatego, ograniczę się jedynie do wskazania kilku nieścisłości i
stosownego ich nazwania.


Otóż Małgorzata Święchowicz zamieściła w Lisowym „Newsweeku”
artykuł o zwrotkach (czyli oddanych adoptowanych dzieciach) i ich rodzicach
zastępczych. Autorka dotarła do kilku rodzin, lub byłych rodzin, którym już
brak motywacji i sił, do tego aby dalej godnie zastępować rodziców. Trafiły im
się bowiem dzieci, jak by to powiedzieli poprawni politycznie, trudne lub nieprzystosowane
społecznie. Mnie się narzucają inne określenia, mianowicie przyszły morderca,
złodzieje, oszuści, kazirodki itp. Wprawdzie jeden chłopczyk odbiega od tego
wizerunku, bo urodził się z wadą jelita grubego, ale artykuł miał wytłumaczyć,
dlaczego zastępczy rodzice przysposabiający dziecko, nie wytrzymują. I wcale im
się nie dziwię. Przedszkolak zrzucający kolegę ze schodów, ponawiające się
kradzieże, pobicia, stosunki kazirodcze to nie w kij dmuchał. W starych
czasach, przed przystąpieniem do Unii taki rodzic mógł ukarać nieznośnego
bachora stosownie do przewiny. Dziś musi pałętać się po psychologach, urzędach
i nazbyt często kajać się przed dyrektorami przedszkól, szkół i innymi
rodzicami. Gehenna, nieprawdaż? 


Nasuwa się pytanie, kto jest temu winien?


Po pierwsze urzędnicy, którzy mimo obowiązku informowania
zastępczych rodziców o wszystkim czego dotyczy adoptowanych dzieci, często tego
nie czynią gwoli szybszego pozbycia się felernych egzemplarzy. Tak było w
przypadku rodzeństwa złodziei i oszustów, wykazującego również nadmierne
zainteresowanie seksem ze sobą. Okazało się, poniewczasie oczywiście, że ich
ojcem był dziadek.


Po drugie sami rodzice zastępczy. Emocje zwyciężyły nad
rozwagą i widząc niewinne twarzyczki nie wnikali nazbyt mocno. Nie zastanawiali
się nad tym, czy będą fizycznie i psychicznie w stanie wziąć odpowiedzialność
za dzieciaki na przynajmniej kilkanaście lat. Nie pomyśleli, że może im się
trafić egzemplarz felerny (wiem jak to brzmi!), bądź że sami nie dadzą rady i
pozbędą się kłopotu własnoręcznie, patrz wpis o Kacperku i Klaudii.


Co w gruncie rzeczy chciała osiągnąć autorka artykułu?
Wywołać współczucie? Napiętnować urzędników? A może przygotować grunt pod coś
innego? Może lepiej by było gdyby takie dzieciaki się nie rodziły? Chore od
urodzenia i z patologicznych związków?


Jak więc mogę nazwać postępowanie urzędników i rodziców
zastępczych? Głupotą? Naturą ludzką? A jak nazwać postępowanie autorki?


0 komentarze:

Prześlij komentarz