Gdybym nie uczestniczył w ubiegłorocznej lubelskiej Nocy Kultury odebrałbym inaczej rzeszowską część Wschodu Kultury. W zamierzeniu organizatorów, a przynajmniej tak się domyślam, miał być jeden duży koncert, dwa trochę mniejsze i sporo imprez towarzyszących. Wyszedł jeden duży, dwa wiele mniejsze i sporo imprez towarzyszących, w tym jedna, do której ciągle jeszcze duży blogowy pismak, nie mógł się przepchać. Ale po kolei.
Piątek – koncert pod Stadionem Miejskim, na który ściągała jedna elektryzująca nazwa: Guano Apes. Bałem się, że przez te wszystkie lata zdziadzieli, a wyszło na to, że to ja zdziadziałem, bo zraziło mnie to mnóstwo ludzi. No i kolektywy, jakby używanie nazw wyciągniętych z czasów zapadłej komuny było jedyną szansą na uzyskanie dotacji (co może być przypadkiem prawdą). Artystycznie było różnie. Waglewski kiepściutko. Ale nie znoszę jego zawodzącego miauczenia, więc tą opinię można wyrzucić na śmietnik. Coma, szczególnie w porównaniu z Guano, do nierówno. Instrumentaliści ok, ale wokalista dobrze wypada w studio, zaś jego tęczowy image niespecjalnie przemyślany. Gwiazda wieczoru w świetnej formie, nawet lepszej niż byli za moich studenckich lat. To był strzał w dziesiątkę!
Sobota – muzyka świata. Rewelacja! W całości. Muzyka grana żywiołowo, świetnie technicznie, wokale wyśmienite! Propabanda East Collective, Kroke, Fanfara Kalashnikov dali świetne koncerty, tylko publiczność zawiodła. Mizerne kilkaset osób to zdecydowanie zbyt mało jak na takie dobre granie. No i zbyt krótko, bo cisza nocna po 22. Co najmniej dziwne. W tym czasie (czyli w czasie ciszy nocnej) za rzeszowskim dworcem kolejowym w dawnych magazynach PKP rozłożyli się elektronicy. Niestety nie dałem rady dotrzeć. Za przejściem nad torami czekała dwójka srogich ochroniarzy (ona i on), którzy zabraniali wnoszenia puszek, butelek i innych ciężkich przedmiotów. Rewizja spowodowała korek, gdyż spragnieni studenci nie chcąc wyrzucać napoju bogów, konsumowali go na schodkach. Nie szło się między nimi przecisnąć, więc wielka krecha dla organizatorów.
Niedziela – to, dla takiego dziadka jak ja, jedno wielkie nieporozumienie. Kombinacja jazzu i rapu (albo hip-hopu) niezjadliwa, a nawet wstrętna. Dopiero, gdy rapujący się zmęczyli, dało się wytrzymać. Na szczęście nieopodal było mnóstwo piwopojów, więc można było przeczekać. Niedzielny wieczór osłodziło stoisko z wileńskimi wypiekami. Chleb miodowy i placek z serem i rodzynkami znakomite!
0 komentarze:
Prześlij komentarz