To co się może dziać w Polsce po zwycięstwie czerwonych w wojnie polsko-rosyjskiej musiało bardzo przemawiać do wyobraźni wszystkich broniących się przed nosicielami rewolucji. Część z nich była świadkami okrucieństw popełnianych przez rewolucjonistów i bez wątpienia zdała o tym relację towarzyszom broni. Tę wojnę trzeba było wygrać!
Niestety dzisiejszemu pokoleniu brakuje wyobraźni. Paradując w koszulkach z wizerunkami Lenina czy Che Guevary, a niekiedy nawet wujaszka Joe dają temu dość wyraźne świadectwo. Dostępna nam literatura daje mnóstwo informacji o zbrodniach komunistów popełnianych na swoich współziomkach. Jedną z nich jest relacja kapitana Mładlena Makrowicza zamieszczona w „Litieraturnoj Gazietie” z 15 września 1999 roku i zacytowana przez Wiktora Suworowa pierwszym tomie trylogii „Cień zwycięstwa”. Oto ona:
Dowódca wojsk obrony chemicznej Okręgu Południowo-Uralskiego pułkownik Czichladze wprowadził mnie do dużego gabinetu, gdzie za stołem siedzieli nieznani mi cywile, przedstawił mnie, odwrócił się i wyszedł. Nieznajomi nie przedstawili się i nie zadali ani jednego pytania. Moja zgoda do niczego nie była potrzebna. Wysłuchałem rozkazu: „Od jutra zostajecie mianowani szefem kursów pomiaru promieniowania podczas praktycznego użycia broni jądrowej w Armii Radzieckiej. Macie nauczyć skazanych pomiaru promieniowania i wykonać z nimi te pomiary po wybuchu bomby atomowej. Dostaniecie wszystko, co będzie wam potrzebne do pracy”. Następnie poinformowano mnie o mojej odpowiedzialności i nieograniczonych prerogatywach: za jakikolwiek przejaw niesubordynacji ze strony podwładnych miałem prawo kazać rozstrzelać ich na miejscu, bez obawy o jakiekolwiek konsekwencje. Na koniec wręczono mi do podpisania zobowiązanie do zachowania tajemnicy wojskowej przez ćwierć wieku. Miałem wtedy 27 lat.
A więc: nieznajomi cywile ustnym rozkazem mianowali mnie na nieetatowe stanowisko i bez jakiegokolwiek dokumentu zlecili mi szkolenie oddziału skazańców o nieznanych dla mnie biografiach. Jedynym śladem na papierze był mój podpis na zobowiązaniu do milczenia.
Dwaj wartownicy z automatami cały czas strzegli kontenera i aparatury. Wstęp na teren, gdzie mieszkałem i pracowałem ze swoimi kursantami, był zakazany. […]
Cały nasz sprzęt ochrony osobistej składał się z ogólnowojskowej maski przeciwgazowej, spodni impregnowanych pokostem i bawełnianej peleryny. Falę uderzeniową wybuchu atomowego przeżyliśmy w otwartych okopach. I gdy „strona atakująca” przy pomocy artylerii i lotnictwa rozprawiała się z „nieprzyjacielem” na skrzydłach, ja w czołgu posuwałem się w kierunku epicentrum wybuchu. Skażenie radioaktywne w promieniu 10 kilometrów było wyraźnie zwiększone, a w epicentrum wynosiło 48 rentgenów. Gdy wróciłem do punktu dowodzenia i zameldowałem przełożonym o wynikach pomiarów, przebyłem już ze wszystkimi drogę do epicentrum, oznaczywszy chorągiewkami stopień skażenia okolicy. Na tym moja rola na poligonie tockim się skończyła.
Nie mogłem ustać na nogach. Skazańców wyprowadzono i nigdy nie dowiedziałem się o ich losie. Mnie położono na nosze, na których przeleżałem kilka dni bez jakiejkolwiek pomocy medycznej. Badania stopnia skażenia nie były już przeprowadzane. O tym, że moje leczenie nie znalazło się w tockim scenariuszu, dowiedziałem się dokładnie po 40 latach, gdy na własny wniosek otrzymałem z archiwów kopię wykazu przebiegu służby, gdzie czarno na białym było napisane, że od 7 sierpnia, tzn. 37 dni przed wybuchem atomowym, znajdowałem się „w dyspozycji dowódcy Północnokaukaskiego Okręgu Wojskowego”. Czyli daleko od miejsca tych zdarzeń. [...]
Nic dziwnego, że przez następne pół wieku mój los, jak również los tysięcy „poddanych doświadczeniu” tworzono w oparciu o oficjalną dezinformację i kłamstwo, my zaś byliśmy związani podpisami o „nierozpowszechnianiu”. Spróbuj tylko otworzyć usta! Natychmiast staniesz się przestępcą państwowym. A cała „tajemnica państwowa” polega na tym, że do dzisiaj nie mam mieszkania, że armia, która zabrała mi młodość i zdrowie, nie przyznała mi prawa do leczenia w swoich szpitalach wojskowych.
Próbą dokonaną 14 września 1954 roku o godzinie 9.53 na wchodzącym w skład Południowouralskiego Okręgu Wojskowego poligonie pod Tockiem dowodził marszałek Żukow. W ćwiczeniach brało udział od 45 do 60 tys. żołnierzy, nieznana liczba więźniów i mieszkańców okolicznych wiosek oraz tysiące zwierząt hodowlanych. Same zaś ćwiczenia polegały na przełamaniu obrony nieprzyjaciela przez wojska pancerne i piechotę chwilę po zrzuceniu z samolotu bomby atomowej o mocy 48 kiloton. Wszyscy żołnierze biorący w nich udział podpisali zobowiązania o dochowaniu tajemnicy przez 25 lat. Oznaczało to, że dolegliwości wywołane przez promieniowanie nie były leczone, gdyż lekarze nie mogli zostać poinformowani przez umierających o tym, że brali udział w zbrodniczych ćwiczeniach. Co więcej żołnierzom nie powiedziano, że nie mogą mieć dzieci. W rezultacie rodziły się dzieci z wodogłowiem, miękkimi kośćmi i licznymi mutacjami.
A dowodzący ćwiczeniami marszałek Żukow jest ciągle fetowany na Wschodzie i Zachodzie jako genialny dowódca i wyśmienity strateg. Świadczą o tym liczne filmy dokumentalne „przybliżające” dzisiejszym widzom przebieg walk w drugiej wojnie światowej. A ten „incydent” jest doprawdy małym piwem przy jego innych poczynaniach, możliwych dzięki zwycięstwu rewolucji i przejęciu władzy w Rosji przez grono ludzików chciwych władzy i zaszczytów oraz podziwianych przez dzisiejszą salonową lewicę oraz młodzieńców z Antify.
0 komentarze:
Prześlij komentarz