Pierwszy Festiwal Nauki na UMCS miał wszystkie znamiona prowizorki. Również moje kierownictwo podeszło do sprawy co najmniej lekkomyślnie. Wprawdzie temat wystąpień wydawał się na tamtą chwilę dość ciekawy: "Biblioteka wirtualna - klucz do cywilizacji", ale organizacja została spieprzona dokumentnie. Niemal do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy z kolegą Jarkiem gdzie ma się to wszystko odbyć. W końcu okazało się, że zaproszona młodzież ma się zmieścić w naszej pracowni. Ponad 60 osób. W naszej pracowni. No pięknie! Cztery w miarę sprawne komputery, w tym jeden z kanciapy, czyli pokoju naukowego. W sali mieści się góra 25 osób, więc robimy pokaz na zmiany. Pokaz to też zbyt dużo powiedziane. Bez rzutnika, pisząc na tablicy adresy www jakoś dałem radę. Jarek i szanowny szef dr Trojan także (wprawdzie do tej pory nie wiem co ma wspólnego biblioteka wirtualna z przekazem podprogowym, ale niech mu tam). Pełen sukces, gratulacje, wywiad w radio między pokazami. Uff, można otrzeć pot z czoła i pójść na piwo.
Niedługo potem przychodzi zaproszenie od samego rektora na bankiet. Kupiłem jakąś marynarkę i poszedłem. Pojawiła się także dr Ujda (ta od kozaczków:). Przedstawiciel rektora coś bredził o sukcesie mimo trudności, o tym że takich festiwali będzie więcej i takie tam okolicznościowe bzdety. W końcu zaprosił na okolicznościowy poczęstunek. Schodzimy karnie poziom niżej a tam... Okrutnie wielki szwedzki stół zastawiony mięsiwami, rybkami, owocami, sałatkami, flaszkami itp. Uroczysty toast i... Profesorowie i doktorowie obojga płci jak stali tak rzucili się, przepychając łokciami, napełniać talerze i zaczęli pożerać ich zawartość. Choć byłem głodny nie tknąłem strawy. Przypomniałem sobie wtedy kilka wesel na wioskach, które organizowane w namiotach wojskowych, czy stodołach, rozpoczynały się z pełną galanterią i dopiero po kilku godzinach przekształcały się na podobieństwo tego co miałem wtedy przed oczyma. Odstawiłem kieliszek i poszedłem do czerwonego kiosku na burgera z kurczakiem i serem. Wtedy chyba doszło do mnie, wprawdzie jeszcze delikatnie, że niezbyt mam ochotę współpracować z takimi elitami Lublina - jakby nie patrzeć inteligencją naszych czasów. Tfu!
Trzeba się szanować!:)
OdpowiedzUsuńBibliotekarka
He, he! Szanować można za coś. Jeśli postępowałem w stosunku do innych jak nie przymierzając menda, albo czymś innym zawiniłem to za co mnie szanować? Na szacunek trzeba zasłużyć. A zresztą może nic nie wiem i się nie znam:)
OdpowiedzUsuń