Bilet do wojska zmienił moje nastawienie do rzeczywistości. Nasłuchałem się opowieści i naczytałem, że bycie w syfie to pomyłka. Różnica między dwoma światami wydawała się kosmiczna. I taka się rzeczywiście okazała. Na początku poprawiłem nieco kondycję, bo jak wiecie facet lubiący dźwigać ciężary zazwyczaj kiepsko sobie radzi z bieganiem. No przynajmniej ja miałem kłopoty, których jak się okazało nie potrafiłem się pozbyć. W gruncie rzeczy bieganie, maszerowanie, pompki na tempa i durnowate pajacyki to był pikuś. Najbardziej doskwierały brak wolności, poczucie zagrożenia i kopana na każdym kroku męska duma. Doszło do tego, że zastanawiałem się której ręki mniej potrzebuję. Jedna kulka z niezawodnego kałaszka załatwiłaby sprawę. Na chwilę tylko, bo potem pojawiłaby się kwestia samookaleczenia, sąd i jeszcze więcej kłopotów.
Pomogli towarzysze niedoli z kompanii młodego rocznika. Samo spojrzenie na fizjonomię niektórych wywoływała co najmniej uśmiech. Drugiego dnia dotarł ostatni spóźnialski. Nie zdążyli go jeszcze ostrzyc więc jak podszedł do naszego plutonu wywołał ryk śmiechu. Kilkunastocentymetrowe afro, ciemna karnacja, skrzywiony nos. Ksywa pojawiła się sama. Alibaba okazał się fajnym gościem. Zobaczyłem go znowu po "zamachu" na WTC. Nazywał się wtedy Osama ibn Laden i zorganizował ponoć wbicie samolotów w nowojorskie wieże. Kto by pomyślał, że Alibaba ma sobowtóra. Oprócz niego w plutonie znalazło się całe tony oryginałów. Choćby Mrówa, który osobliwie lubił jeść mrówki, Biały bez zębów na przedzie (stracił je ponoć gdy uderzył twarzą o pięść przeciwnika na targu pod dworcem PKP w Lublinie), czy Siwy najwięcej gadająca istota w jednostce. Dość szybko się zwąchaliśmy i równie szybko zaczęliśmy knuć jak wyjść na wolność, najlepiej z odszkodowaniem. Na wypicie tajemniczego płynu służącego do konserwacji samochodów nie zdecydowaliśmy się, choć jeden ze znajomków Mrówy dzięki temu opuścił jednostkę. Niestety przy okazji zniszczył sobie
wątrobę. To oczywiście nie wchodziło w rachubę. Wymyśliliśmy coś lepszego. Na terenie naszego parku maszyn znajdował się zbiornik przeciwpożarowy. Woda w nim wydawała się czysta. Gdy jednak zanurzyliśmy w niej kubek rozniosła nie mało pociągająca woń siarkowodoru. Smakowała równie ohydnie jak woniała. Mieliśmy trafić do szpitala, potem komisja i wolność!!! Zapomnieliśmy jednak, że nie wszyscy wojskowi to skończeni debile. Wcześniejsze szczepienie spowodowało, że taki "ożywczy" napój nie spowodował nawet bólu brzucha. Nadzieja prysła. Zdesperowanie pozostało, ale z upływem czasu słabło i słabło. Aż wreszcie przyzwyczailiśmy się do myśli, że spędzimy tam jeszcze ponad rok. Na szczęście pojawiło się światełko w tunelu.
0 komentarze:
Prześlij komentarz