Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

czwartek, 15 grudnia 2011

Bezinteresowna pomoc czy...

grudnia 15, 2011 Posted by Onufry Okowita 1 comment

Właśnie koleżeńska przysługa. Czy możliwa jest w przypadku, gdy o pomoc prosi ktoś stojący w hierarchii służbowej o wiele wyżej i jednocześnie może zadecydować o być albo nie być proszonego? Zastanawiające, że na cywilizowanym zachodzie postępowanie tego typu zyskało sobie wiele mówiącą nazwę. Wykorzystywanie pozycji służbowej dla własnej korzyści to chyba mobbing. Nie chce mi się odpalać wszechwiedzącego wujka Google, więc mogę się mylić. Wspominałem w jednym z poprzednich wpisów, że pewna szczególna pani doktor wykazująca nadmierną, moim zdaniem, admirację kawałkom papieru zwanym fiszkami usiłowała wymóc na młodym magistrze ułożenie parkietu w zajmowanym przez nią mieszkaniu. Szczyt bezczelności i jednocześnie braku skrępowania. Ale niemal równie ciekawe przygody miałem, gdy o pomoc poprosiła mnie prof. Straszyńska.
- Piotrze - mówiła. - Kupiłam komputer. Kończę o 15, przyjdź wtedy z płytami i pojedziemy do mnie. Ty mi ten komputer złożysz i zainstalujesz co trzeba.
"No ładnie. Trzeba jechać" - pomyślałem i dodałem w myślach stosowną porcję przekleństw. "Piwko z kumplami diabli wzięli!"
Zainstalowałem oczywiście lewiznę, bo legalne oprogramowanie za drogie, a piraty działają tak samo.
Jakiś czas później, pewnego wakacyjnego dnia, rozległ się dzwonek kieszonkowego siemensa.
- Piotrze, przyjedź do mnie szybko, bo mam straszny problem z komputerem - odezwała się pani profesor.
Okazało się, że trzeba było w tekście zaakceptować komentarze, a potem rzecz najbardziej wymagająca. Zapisać to na dyskietkę.
Minął niecały rok i tym razem zostaliśmy wezwani przed wiadome oblicze razem z kolegą Jarkiem. Tym razem trzeba było znieść z mieszkania prof. Strzaszyńskiej kupioną wcześniej pralkę i zapakować ją na przyczepkę, którą podjechał jej bratanek. Namęczyliśmy się niemiłosiernie, ale pomóc trzeba, bo w końcu my młodzi i silni tacy ;) W międzyczasie dowiedziałem się, że nie byłem jedynym szczęśliwcem pomagającym pani profesor pro publico bono.
Niedługo potem Zakład przekształcił się w Instytut, zmieniło się kierownictwo a ja sam zhardziałem.
Do tej pory jednak przy okazji wspomnień przy butelce zastanawiam się. Byłże to mobbing, czy może tylko koleżeńska pomoc z czystych pobudek?

1 komentarz:

  1. Trochę jedno i trochę drugie...
    Ona wiedziała, że nie odmówicie, bo po co się narażać komuś kto stoi nad Wami.
    A trochę takie gesty potulnej pomocy wynikaj z tego jak nas wychowano "słabszym trzeba pomagać".
    Sama zawsze miałam problem z odmawianiem pomocy innym, nie koniecznie słabszym i zawsze wychodziłam na tym jak Zabłocki na mydle.:/

    OdpowiedzUsuń