Co by było gdyby dług publiczny naszego kraju osiągnął 55% PKB? Niby nic, ale pierwszy minister Tusk musiał przygotować zbilansowany projekt budżetu i wyciągnąć z rękawa dobrze skrojonego garnituru jakieś 40 - 50 miliardów. Trudna sprawa. O wiele łatwiejsza była zmiana na stanowisku szefa GUS-u. Dzięki temu i wymruczanemu przez niego tajemnemu zaklęciu - abrakadabra bim sala bim - GUS znalazł w skarbcu Rzeczpospolitej 1,4 miliarda złotych. A JE Tusk zyskał rok spokoju. Ale nie zasypia gruszek w popiele. Udał się na kolejny szczyt europejski, który znowu ma zdecydować o przyszłości strefy euro, o przyszłości Europy, a nawet świata! Jak można uratować świat? Ano według rządu i reżimowych mediów wystarczy wydrukować kilkaset miliardów euro. Wtedy będzie można spłacić długi Grecji, Portugalii, Hiszpanii i innych umoczonych krajów. Proste? Jak słońce! Niemal genialne!
Jednak czy JE Tuskowi zależy na ratowaniu owych krajów? Pewnie troszkę tak. Dziwi jednako wybiórcza pamięć opłacanych przez reżim dziennikarzy (a może wcale nie dziwi?). Jakoś nie pamiętają, że większość długów zaciągniętych przez poprzedni rząd, pod tą samą wodzą, jest we wspólnej walucie Zjednoczonej Europy. A kurs tej zamiast posłusznie stać w miejscu drożeje i drożeje. No jaja jakieś czy czary? Więc nasi biurokraci wymyślili jak osłabić wspólną walutę żeby ratować budżet Polski w kilku następnych latach. Wydrukować kilkaset miliardów euro i po kłopocie! Złoty może się nie wzmocni, ale kurs euro spadnie.
Może się mylę, bo w końcu ekonomistą nie jestem a ta pisanina może kogoś wprowadzić w błąd. Więc może znajdzie się jakiś niezależny ekonomista i skrobnie komentarz prostujący powyższe wydumki. Bardzo za to dziękuję! Bardzo, ale to bardzo!
0 komentarze:
Prześlij komentarz