11 maja 2011 roku poszła w świat wieść, że poletko pani Clinton wysupła 19 milionów zielonych na walkę z cenzurą internetu poza granicami Stanów Zjednoczonych Ameryki. Zachrząkałem ze śmiechu. Bo nagłośniona suma na to zasługiwała. Tym bardziej, że Departament Stanu podjął działania w celu złagodzenia cenzury internetu w Chinach. Jedynym efektem było to, że do listy blokowanych przez największe wyszukiwarki w Państwie Środka słów i zwrotów dodano Hilary Clinton.
Odrobinę później pojawiły się dwa projeky ustaw, które miały zaostrzyć przestrzeganie praw autorskich w internecie. Pierwsza z nich Stop Online Piracy Act (SOPA) była autorstwa republikańskiego kongresmena Lamara Smitha z Teksasu, druga Protect Intellectual Property Act (PIPA) demokratycznego senatora Patricka Leahy'ego z Vermont. W obu projektach przewidziano, że kolosy medialne typu Warner Brothers czy The Walt Disney Company bedą mogły w trybie pilnym wystąpić o nakaz sądowy w celu usunięcia z sieci linków do stron pośredniczących w wymianie plików filmowych, muzycznych czy eksiążek. Zrozumiałe to i w słuszne. Ale projekty ustaw idą dalej. Nad całą procedurą mają jednak czuwać wyszukiwarki, a w rzeczywistości siła żywa kryjąca się za działaniem algorytmów szperających. Każdy link prowadzący do nieautoryzowanej wypowiedzi w formie tekstu, pliku dźwiękowego czy filmowego może zostać usunięte ot tak.
Nic dziwnego zatem, że 18 stycznia 2012 roku wiele popularnych portali i witryn "wyłączyło" swoje strony w proteście przeciw owym projektom. Łatwo wyobrazić sobie, że pomysły zawarte w projektach ustaw jest robotą zmierzającą do zamknięcia ust serwisom typu WikiLeaks czy niezależnym blogerom. Nie ma to jak upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Ale nagle pojawił się zbawca bojowników o wolność internetu. Prezydent Obama zapowiedział, że zarówno SOPA jak i PIPA zostaną przez niego zawetowane, z racji tego, że mogą one stanowić niebezpieczeństwo dla praw obywatelskich. I tutaj Paweł Łepkowski z "Najwyższego Czasu", z którego publikacji niecnie skorzystałem, przyklaskuje Obamie. Pewnie miałby słuszność, gdyby nie to, że cała draka została zaplanowana wcześniej. Wstręciuchy od republikanów i gałgany od Demokratów przedstawiają projekty ustaw uderzające w wolność internetu. Kierują się zamówieniem kolosów medialnych i wzorują na chińskich rozwiązaniach technicznych. Wtedy wkracza zbawca Obama i wetuje ustawy. Jedyna niewiadoma to republikanie. Wydumali projekt ustawy w "dobrej" wierze, czy na zamówienie? I czy ACTA są jedynie testem na reszcie świata?
0 komentarze:
Prześlij komentarz