Wcale nie sprawia mi to satysfakcji. Nie będę machał rękami nad głową i kołysał biodrami w rytm chały lecącej w RMF. Dlaczego? Chciałbym aby ten zakichany konflikt trzech sił zakończył się jak najszybciej. Te wrzaski wydobywające się z otworów gębowych urzędasów, lekarzy i aptekarzy nie służą niczemu. Na pewno temu, czemu wedle chorych powinny służyć. Widać ukryte przed postronnymi rzeczywiste powody konfliktu są poważne. Ciekawe czy ujrzą one w najbliższej przyszłości światło dzienne. A mogłoby być inaczej. Wystarczyłoby pozwolić obywatelom naszego pięknego kraju, aby zaczęli decydować sami o sobie. Choćby właśnie w domenie ich własnego zdrowia. Dla osoby pracującej, posiadającej odrobinę rozsądku, nie powinno być trudne podpisanie umowy z prywatną przychodnią i szpitalem na wykonywanie usług medycznych doraźnych i wymagających hospitalizacji. Byłoby nawet łatwe, gdyby grabieżcy z ZUSu, NFZu nie zabierali na własne potrzeby pieniędzy ze składek rentowych i zdrowotnych. Na własne potrzeby (wystarczy obejrzeć budynki należące do NFZ i policzyć ile kosztują etaty zatrudnionych tam biurokratów), bo to co dociera do szpitali i przychodni, które podpisały umowy z NFZ to nędzne ochłapy.
Niestety nikt z decydentów nie zgodzi się na opisane wyżej rozwiązanie. Mimo tego, że lekarze wreszcie musieliby się wziąć za leczenie na poważnie. Kiepski lekarz, czyli oczekujący do skutku na dowód wdzięczności, szybko pożegnałby się z pracą, bo kiepsko traktowany/leczony pacjent przeniósłby swoje pieniądze gdzie indziej, a opinia o kiepskiej placówce zniechęciłaby innych do zaufania jej i mogłaby doprowadzić do bankructwa. A więc lekarze leczyliby!
Decydowanie o sobie to również możliwość oszczędzania relatywnie dużych pieniędzy przez młodych zdrowych ludzi. Przez 10 lat pracy na UMCS byłem u lekarza 5 razy. Pierwszy raz to badania początkowe (czy jak to się zwie) a potem jeszcze dwa razy badania okresowe. Raz odniosłem kontuzję na ognisku, na jakie zaprosili nas studenci za Ikarem (Jaro pamiętasz to?). Zerwane wtedy wiązadła kolanowe dalej dokuczają i powodują okresowe bóle w zimne i deszczowe dni. Raz też zachorowałem i musiałem dowlec się do lekarza. Gdyby spróbować to policzyć wyszłoby, że jedna wizyta w przychodni na Langiewicza kosztowała mnie ponad 4,5 tys zł. No może przegiąłem odrobinę, bo wziąłem pod uwagę stawki za 2008 rok. Ale dla takiego zdrowego byka jakim byłem i chyba nadal jestem, to jest przerażająca suma za wizytę u lekarza. Gdyby prywatna przychodnia liczyła sobie 200 zł za wizytę a 400 zł za badania okresowe, to... Właśnie! Gdzie się podziała ta kasa? Ponad 20 tys. zł.
Mogę jedynie pobiadolić.
0 komentarze:
Prześlij komentarz