No tak, kiedy rano myślałem nad tym co wieczorem napisać na Osiołkowo, wszystko wydawało się proste. Ale teraz nie pamiętam o czym myślałem o poranku. Czyżby skleroza? Niemniej sprawa jest dość istotna. I nie chodzi mi o czytanie książek, chociaż dzisiaj ich święto. Od czytania jednak nie ucieknę. Zadeklarowałem się jako ateista i powinny mnie cieszyć wszelkie drobne i większe zwycięstwa na froncie walki z konserwą. Ale tak się dziwnie składa, że od jakiegoś czasu wisi mi to. Obserwując tendencje jakie kształtują się ostatnimi czasy, wydaje mi się, że kościołowi i jego sympatykom będzie ubywać po troszeczku. Mimo protestów, awantur, wrzasków i apeli o walkę o wolność. I właśnie owa wolność. Dla obu stron wolność jest najważniejsza. Ale czy to rzeczywiście wolność? Jedni opierają się o kościół, drudzy o Brukselę. Jedni i drudzy poświęcają swą niezależność w imię przewagi nad drugą stroną. Powinienem trzymać z tymi chowającymi się pod spódnicą Brukseli. Ale nie mogę. W gruncie rzeczy wolność oferowana przez Unię Europejską jest o wiele bardziej ograniczająca niż ta oferowana przez Watykan. Na dodatek wyznawcy obu wolności to w większości osoby dość radykalne. Z miłą chęcią przekonaliby do swojej wersji co najmniej potężnym wstrząsaniem adwersarzem, a najlepiej kułakiem pod oko. I zadziwiająco podobnie wygląda to na froncie walki ideologicznej prowadzonej przez redakcje czasopism. O dziwo większą przyjemność sprawia mi lektura Tygodnika Powszedniego czy Najwyższego Czasu niż Polityki, Wprost czy Newsweeka. Sam nie wiem dlaczego. Może wolę być ciągle anty? W przypadku dwóch pierwszych czasopism, wiem czego się trzymać. W przypadku tych ostatnich jest to odrobinę trudniejsze. Sączą one powoli swoją wersję wolności i docierają z nią coraz głębiej. A to jest niebezpieczne.
0 komentarze:
Prześlij komentarz