Osobnikom kończącym studia bibliotekoznawcze, które ostatnimi czasy zyskały różne nazwy, Monte Cassino będzie się kojarzyć raczej jednoznacznie. Benedykt z Nursji, klasztor, biblioteka, pergamin i niezapomniany egzamin z historii książki rękopiśmiennej. Niektórzy, mam tu na myśli byłych studentów z UMCS w Lublinie, dzięki swej zapobiegliwości, zostawiając zaliczenie lektur na ostatnią chwilę, zyskali niezapomnianą noc na mrozie przed humanikiem. Inni z zadziwieniem obserwowali fleki i piąteczki sypiące się przed obiadem i po nim (i słynny obiektywizm egzaminatorki).
Mnie osobiście ciągle tkwiła w głowie słowa pieśni, w której to czerwone maki z Monte Cassino wzrosły z polskiej krwi. Dlatego oglądając na Discovery Civilization (potem World) serię "Pola Bitew" bluźniłem, gdy autorzy zdecydowali, że to Francuzi zdobyli klasztor. Wreszcie pewnego paskudnego dnia na przedwiośniu w lubelskim antykwariacie wypatrzyłem i za bezcen (20 zł) kupiłem słynną książkę Melchiora Wańkowicza: "Monte Cassino". Początkowo jej objętość mnie wystraszyła, inaczej bowiem podchodzę do czytania nawet 1000 stron beletrystyki, a inaczej do dzieła podobnego kalibru.
Miałem rację. To czym uraczył czytelników Wańkowicz, przeszło moje pojęcie. Co chwilę, wraz ze śmiercią młodzieńców niespełna dwudziestoletnich rozrywał mnie ból, a chwilę później, gdy granaty uciszały kolejne bunkry, ogarniała mnie mściwa satysfakcja. Długo ją czytałem. Nie mogłem zdusić żalu po chłopakach, którzy dopiero co podchodzili do małej matury, a niedługo potem rozrywały ich moździerzowe granaty, miny, przeszywały serie z kaemów, peemów czy gasił w nich życie pocisk ze snajperskiego karabinu. Dlatego odkładałem lekturę czasem nawet na kilka tygodni i z każdą przeczytaną stronicą rósł we mnie podziw dla żołnierzy walczących na obcej ziemi, a także do autora, który podołał zadaniu niemal przekraczającemu siły jednego człowieka. Jednocześnie nabrzmiewała wściekłość do tych, którzy wywołali konflikt i za pośrednictwem charyzmatycznych marionetek porwali do walki miliony młodych ludzi.
Wysłali ich na śmierć. Oglądając wczoraj japoński film "Yamato" co chwila musiałem ocierać oczy, gdy kilkunastoletni chłopcy ginęli rozrywani przez bomby czy serie z działek i kaemów zamontowanych w amerykańskich samolotach demolujących najpotężniejszy okręt na świecie. W straceńczym rejsie zamienieni w morskich kamikaze przez zdesperowanych i w gruncie rzeczy skretyniałych dowódców. Oglądając japoński obraz ciągle towarzyszyło mi porównanie losu młodzieńców ginących na Yamato z losem młodzieńców umierających na Monte Cassino. I gnębiła jednocześnie jedna myśl: czy młody Polak wychowany na YouTube, necie i grach wideo byłby w stanie znaleźć w sobie pokłady poświęcenia podobne tym jakimi wykazali się ich pradziadkowie?
0 komentarze:
Prześlij komentarz