Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

wtorek, 1 maja 2012

Wspominki o dziadku

maja 01, 2012 Posted by Onufry Okowita No comments

Gdy umarł mój dziadek ze strony ojca miałem 12 lat. Był rolnikiem i drobnym hodowcą. Mieszkał razem z rodziną na początku wsi położonej między Łęczną a Milejowem. Nieopodal rósł las olszynowy, zaraz obok był staw nazwany trofiarkami, odrobinę dalej płynął Wieprz. We wsi był sklep, do którego dwa razy w tygodniu dostarczano chleb. Ogromny, okrągły i długo świeży chleb. Najlepiej smakował ze śmietaną uzyskaną z mleka z dziadkowej krowy i z cukrem. Biły go tylko drożdżowe bułki pieczone przez babcię. Niemal miesiąc z każdych wakacji spędzałem u dziadków. Nie przeszkadzał mi brak rówieśników. Gdy młody człowiek dysponuje odrobiną wyobraźni, zawsze znajdzie sobie zajęcie. Wystarczyło wyciąć leszczynowego kija, przymocować do niego kawałek żyłki ze spławikiem i ciężarkami i już była wędka. Potem tylko znaleźć robaki i wyprawa na ryby jak się patrzy. A w trofiarkach karasi, linów i koluchów zatrzęsienie. Jak zrobić taką wędkę, nauczyłem się właśnie od dziadka. Nauczyłem się od niego jak młócić cepem, jak kosić, jak zaprzęgać Tumka (tak się zwał każdy koń dziadkowy) do wozu. I jak kląć i jak nie naprawiać wagi. Takiej dużej drewnianej wagi używanej na wsiach do ważenia właściwie wszystkiego. Obserwowałem ten proces z zafascynowaniem. Im dłużej to trwało, tym bardziej dziadek klął. W końcu nie wytrzymał. Uniósł wagę nad głowę i miotnął nią o ziemię, rycząc najgorsze bluzgi. Potem uspokoił się i poskładał ją bardzo sprawnie. O dziwo działała. Takie są zresztą przypadłości prostych konstrukcji. Trudno je zepsuć i łatwo naprawić. I co ważniejsze nie trzeba do tego fachowca. Strach pomyśleć co by się stało gdyby dziadkowi zepsuła się waga elektroniczna. Jest ona oczywiście o wiele dokładniejsza, ale bez fachowca jej nie naprawisz. Podobnie jak niemal wszystkich używanych dzisiaj urządzeń. Poczynając od wag i kas w sklepach, na samochodach kończąc. Czasem wydaje mi się, że w dążeniu do ułatwienia życia człowiekowi, producenci ułatwili je sobie. Wystarczyło tylko przekonać konsumenta do tego, że jak co kilka lat nie wymieni telewizora, komputera czy innego urządzenia, bez którego nie może się obyć, to jest srodze zapóźniony. Na dodatek, aby mu ułatwić decyzję producenci zaczęli produkować sprzęt, który popracuje 3 - 4 lata i koniec. Naprawa jest nieopłacalna. Wymieniając jeden podzespół, nie ma żadnej gwarancji, że za chwilę nie padnie kolejny. I głupi ludzie się na to łapią. Konsumują ponad swoje możliwości finansowe.
A ja pamiętając dziadka wolę siekierę i piłę ręczną od spalinowej. Wolę stary kilkunastoletni telewizor od nowej plazmy. Fakt, jego pomysły wydają się nieco dziwaczne, jak np. wypicie rozpuszczonego tłuszczu przed piciem wódki z dwa razy większymi chłopami, czy wstawanie w połowie nocy aby wypalić połóweczkę Sporta. Niemniej właśnie dzięki nim jeszcze go pamiętam i będę długo wspominał.

0 komentarze:

Prześlij komentarz