„Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji proponuje rozwiązania, które pomogą uwolnić szkolne biblioteki spod reżimu Karty nauczyciela i zracjonalizować wydatki na edukację.
Chodzi o zapis z przedstawionego przez MAiC (Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji – przyp. P.G.Z) projektu założeń ustawy o poprawie warunków świadczenia usług przez jednostki samorządu terytorialnego. Zakłada on, że biblioteki publiczne będą mogły wykonywać zadania tych szkolnych.”
Powyższy cytat pochodzi z „Rzeczpospolitej” i obrazuje typowy sposób postępowania decydujących o losach obywateli naszego pięknego kraju po 1989 roku i wybranych przez tych ostatnich. Krok po kroku decydenci dążą do jak największego ograniczenia umiejętności samodzielnego myślenia mieszkańców polskich miast i wsi. Akcja jest prowadzona solidarnie przez rządzących i media. Ze strony rządu mieliśmy sławetną ustawę wprowadzającą gimnazja, stopniowe okrajanie programów nauczania, szczególnie z przedmiotów humanistycznych (patrz pomysł ścieżek programowych i kolejne zmiany w maturach), czemu ochoczo pomagały wydawnictwa oferujące coraz to nowe i coraz gorsze merytorycznie podręczniki. Same wydawnictwa niebawem porządnie oberwą za swoją gorliwość, gdy wejdzie w życie kolejny pomysł genialnego ministra Boniego dotyczący e-podręczników, ale to zupełnie inna historia. Rząd prześcignęły w dziedzinie ogłupiania krajan także stacje radiowe (eska, zet, rmf itp.) i przede wszystkim telewizja. Sterowane wiadomości, ocierające się o geniusz opery mydlane i godne nobla programy wyszukujące talenty robiły tak wielkie spustoszenie w umysłach widzów, że nie tylko uczeń nie rozumie tego co wyduka z podręcznika, ale także większość rodziców.
Również zdecydowana większość urzędników wszystkich szczebli wydaje się tak totalnie pozbawiona kompetencji, jakby nigdy nie czytali nie tylko książek, ale także przepisów obowiązujących ich i interesantów. Dlatego niezbyt zdziwiłem się, gdy w przywołanym wyżej tekście przeczytałem:
„Szef biura Związku Miast Polskich Andrzej Porawski przypomina, że pomysł łączenia bibliotek samorządy lansowały od początku lat 90. ubiegłego wieku. – Nigdy nie udało się tego rozwiązania wprowadzić, nawet na poziom propozycji ustawowych, bo zawsze protestowały nauczycielskie związki, a także sami bibliotekarze – opowiada.
Zaznacza, że doprowadziło to do sytuacji absurdalnych. – W Poznaniu mamy niezwykle bogatą Bibliotekę Raczyńskich, która ma około setki filii i z niewiadomych względów nie może pełnić funkcji bibliotek szkolnych – dodaje.
Marek Olszewski ze Związku Gmin Wiejskich opowiada, że biblioteka szkolna nie musi zniknąć.
– Możliwość jej połączenia z publiczną i usytuowanie jej np. w wiejskich szkole to doskonałe uzasadnienie dla funkcjonowania tej ostatniej. Wtedy pracuje ona nie tylko dla uczniów, ale całego lokalnego środowiska i przede wszystkim pracuje o wiele dłużej – mówi.”
Te niewiadome względy panie Porawski to zapewne fakt, że Biblioteka Raczyńskich nie ma swoich filii na terenie szkół, co może się niebawem zmienić. Ale tego bym nie przesądzał, bo przekształcenie bibliotek szkolnych w file bibliotek publicznych to niewiarygodne koszty. I tu właśnie objawia się geniusz Boniego i jego doradców. Do szkolnej biblioteki panie Olszewski można dostać się jedynie korzystając z wyślizganych korytarzy. Dostępu do owych korytarzy w wielu placówkach pilnuje pracownik ochrony, zatrudniony w celu niewpuszczania na teren szkoły elementów obcych (złodziei, handlarzy narkotyków, itp.). Aby wyeliminować niebezpieczeństwo takich odwiedzin, należałoby wybudować oddzielne wejścia. I tu na myśl przychodzi trzy pytania:
1. Ile mamy szkół w Polsce?
2. Jaki byłby koszt wybudowania oddzielnych wejść, schodków, toalet itp. we wszystkich szkołach w Polsce?
3. Kto za to zapłaci?
I niemal na koniec gwóźdź przywoływanego tekstu:
„We wrześniu 2011 r. burmistrz gminy Chmielnik (Świętokrzyskie) powierzył prowadzenie bibliotek szkolnych pracownikom lokalnego centrum kultury. Chodziło o oszczędności. Średnia pensji nauczyciela bibliotekarza wynosiła 4,5 tys. zł, podczas gdy pracownicy bibliotek publicznych zarabiali 3 tys. zł. Zmiany przeprowadzono w pięciu z sześciu prowadzonych przez gminę szkół. Po interwencji Najwyższej Izby Kontroli sprawa trafiła do kuratora oświaty, a potem Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ten w połowie stycznia orzekł, że w szkolnych bibliotekach muszą pracować nauczyciele, i Chmielnik musi wrócić do starych, kosztownych rozwiązań. Jeżeli propozycje resortu Boniego wejdą w życie, rozwiązanie z Chmielnika będzie zgodne z prawem.”
Drodzy redaktorzy z „Rzeczpospolitej”. Który bibliotekarz w zwykłej szkolnej bibliotece, czy w publicznej kosi taki szmal? Skąd macie te dane? Dwa lata temu kolega ze studiów zatrudniony w bibliotece jednej z lubelskich szkół średnich brał na rękę niecałe 2 tys. i było to 900 zł więcej niż początkujący bibliotekarz na KUL-u.
Nie będę tutaj tłumaczył czym jest biblioteka szkolna i czym oprócz podawania książek zajmuje się zatrudniony tam nauczyciel bibliotekarz, bo nie czuję się kompetentny. Przytoczę więc jeden z komentarzy zamieszczony pod przywołanym tekstem, którego autorem jest Iwona:
„Szkoła bez biblioteki - to wbrew podstawie programowej i wszelkim zapisom o szkolnictwie. Biblioteka publiczna nigdy nie zastąpi szkolnej. Nauczyciel bibliotekarz ma 30 godz w etacie + 1-2 godziny karciane + liczne dodatkowe nieodpłatne zajęcia z uczniami jak i na rzecz szkoły, jest jedną z osób najdłużej obecnych w szkole - dostępna na zastępstwa - bo ma przygotowanie pedagogiczne, przydatna na konferencjach, bo ma pojęcie i nowoczesne techniki w jednym palcu - więc może bez problemu napisać protokół, wprowadzić innowacje, wspomóc kolegów... ,że opiekuje się dziećmi (tymi, które z różnych powodów nie są w klasie na lekcji? - To źle?, Że szerzy czytelnictwo - to też niewłaściwe?, że niejednokrotnie poświęca swój czas i pieniądze aby zorganizować konkurs, akcję czy wyjście po lekcjach - to niepotrzebne.... Rozmowy z uczniami też nie są wskazane, przecież przy dzisiejszym zapracowanym świecie mamy mnóstwo czasu dla naszych dzieci - niech lepiej posiedzą same przy komputerze - pograją, pożyją w wirtualnym świecie, bo gwarantuję do miejskiej biblioteki nie pójdą (proszę zerknąć na statystyki czytelnictwa...) Zanim zacznie się oszczędzać na dzieciakach i młodzieży należałoby się zastanowić czy na pewno warto, bo moim zdaniem nie tędy droga. Od lat pracuję w szkole, odwiedzam różne placówki i tylko raz spotkałam nauczyciela bibliotekarza, który przyznał, że nie ma co robić. Odwidźcie pobliskie szkoły - zobaczcie gdzie jest ich centrum - gdzie znajdują miejsce uczniowie i pracownicy szkoły, gdzie realizowane są projekty, gdzie jest serce szkoły - zapewniam nie w klasie. Sercem tym jest biblioteka szkolna z nauczycielem bibliotekarzem.”
0 komentarze:
Prześlij komentarz