Kontynuując ostatni tekst muszę zacząć od tego, że zdecydowana większość Polaków nie ma pojęcia czym jest kapitalizm. Nie może to dziwić zważywszy na historię naszego pięknego kraju. Międzywojnia niemal nikt nie pamięta ze zrozumiałych chyba względów. Okresu powojennego z rządami popłuczyn po bolszewikach pamiętać nie warto. Jednak i jeden, i drugi okres charakteryzowały się tym samym: mnogością urzędników. Oczywiście tutaj podobieństwa się kończą, bo upodobanie do kopiowania zwrotów grzecznościowych, które zostały zasłyszane podczas wizyty w urzędzie przedwojennym chyba się nie liczy. Wprawdzie Wańkowicz strasznie się zżymał na formalizm inteligenckich uciekinierów wojennych, ale jeszcze wtedy nawet nie śnili mu się ich następcy zwabieni do miast z wiosek, w których sławojki stały wybielone i nietknięte przez efekty trawienia.
Z wiosek razem z chłopskimi synami i córkami trafiły do miast, nie tylko urzędów, kombinatorstwo, chciwość i głupota. Cały okres realnego socjalizmu znaczył wszak, że miejsce pracy należało do narodu (wedle propagandy) czyli do nikogo. Skoro zatem było niczyje, więc można to spożytkować w celu poprawy życia prywatnego. Innymi słowy, jeśli urzędnik/ robotnik nie przyniósł z domu swojego papieru, to... wyrywały mu się słowa, że wszyscy w tym kraju to złodzieje, po czym wykręcał żarówkę oświetlającą ustęp, bo mu się w kuchni spaliła. Cóż to było dla synów lub córek fornalskich żon, które najpiękniejszy krzak róży wykopywały sprzed dworku i sadziły w swoim ogródku?
Ten przydługi wstęp miał uzmysłowić incydentalnym czytelnikom(o ile oczywiście sami się nie orientują), że w urzędach po wojnie znaleźli zatrudnienie bardzo często przypadkowi ludzie, którzy do swojej pensyjki dokładali srajtaśmę, żarówki, kalkę i papier maszynowe, oprócz oczywiście zasłużonych korzyści wręczanych przez petentów. I gdy z kolei ich dzieci zaobserwowały na jakich zasadach funkcjonują ich rodzice oraz gdy same trafiały do urzędów drogą protekcji, wtedy... Zresztą na pewno incydentalni czytelnicy tego tekstu sami zaznali wątpliwej przyjemności „załatwienia” sprawy w urzędzie, więc nie trzeba im tego tłumaczyć.
Ale wróćmy do naszych baranów. Przez wiele lat edukacji w państwowych szkołach dowiedziałem się o kapitalizmie bardzo niewiele. Po pierwsze kapitaliści zatrudniali dzieci, kazali pracować zatrudnionym w ich fabrykach ludziom po kilkanaście godzin dziennie, płacili grosze, czyli wyzyskiwali. Skoro we wszystkich podręcznikach tak pisano, więc nasza umiłowana szkoła wbiła nam do głów obraz zaiste przerażający. Na samą myśl o takim życiu dostaję dreszczy. Jednak na szczęście wydawano w socjalistycznej Polsce również książki, w których cenzorzy nie dostrzegli zagrożenia, chociaż uważny czytelnik potrafił wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski:
1. Skoro w miastach kapitaliści niecnie wykorzystywali robotników to dlaczego z wiosek ciągle nadciągali chętni do poddania się wyzyskowi?
2. Z jakiej to przyczyny wyzyskiwani pracownicy niszczyli maszyny, które uwalniały ich od pracy ponad siły?
3. Skoro kobiety i dzieci tyrały po kilkanaście godzin w fabrykach, to jak wytłumaczyć rosnącą alfabetyzację i pojawiające się płatne wypożyczalnie?
Pytania podobne w tonie do powyższych można mnożyć. Ograniczę się zatem tylko do jednego przykładu. Angielskie kolonie w Ameryce Północnej w osiemnastym wieku, odznaczały się szczególnym umiłowaniem do robienia pieniędzy. Gdyby za dobrą monetę przyjąć brednie wypisywane w podręcznikach, musielibyśmy założyć, że poziom wyzysku osiągał tam szczyty i na nic innego oprócz pracy i snu nie starczało wyzyskiwanym robotnikom czasu. Tymczasem aż 93 procent mężczyzn posiadło umiejętność czytania i pisania, a także było aktywnymi czytelnikami, a sprzedaż najpopularniejszych tytułów osiągała poziom niewyobrażalny dla dzisiejszej Polski.
Jak pożyteczni idioci wytłumaczyliby ten fakt? Ja mam jedno wytłumaczenie. Pisanie o kapitalizmie jako o przyczynie nieszczęść pracowników w fabrykach jest oczywistą bzdurą. Gdyby jednak przyjrzeć się sytuacji w Polsce po 1989 roku, kiedy to zapanował tu „kapitalizm”, trzeba by wszelkim jego krytykom przyznać częściowo rację. Robotnik zatrudniony w wielu firmach jest traktowany bardzo źle. W przywołanych powyżej toaletach również brakuje papieru. Tym razem nie z powodu kradzieży, ale ze skąpstwa właściciela, który oszczędza na socjalu. Jeśli na dodatek firma jest jedynym sporym pracodawcą w miejscowości, wtedy jej właściciel traktowany jest niczym hrabia. I jak „hrabia” się zachowuje.
Dlaczego tak jest? Znowu trzeba się cofnąć do przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy to Polacy dzięki reformom Wilczka złapali bakcyl przedsiębiorczości. Interesy i interesiki widać było niemal wszędzie. Wystarczyło kupić polówkę, magnetofon jamnik, trochę kasy i do przodu! Wielu poczuło pieniądze i to, że dawały one niezależność. Wreszcie można było pójść do banku i bez znajomości wziąć kredyt na rozwój swojego biznesu. Powiew wolności przerwał jednak Balcerowicz, który swoimi reformami wykończył mnóstwo ludzi.
W jaki sposób? O tym niebawem.
W końcu się doczekałem:) Co by nie przynudzać - pod pierwszą połową tekstu mogę podpisać się chyba nawet własną krwią (czy żółcią),ale później pojawiają się we mnie drobne wątpliwości... Choć wiele z nich przygasło, kiedy pojawiło się nazwisko Balcerowicza (swoją drogą: co łączy Pana B., Pana Belkę i tak piękny kraj, jak Irak?).
OdpowiedzUsuńOdpowiedzi na podane w poście pytania wcale nie wydają mi się tak jednoznaczne:
1. Może dlatego, że sytuacja na wsiach, zwłaszcza na wschodzie Europy, była żałosna,fatalna i wołająca o pomstę do nieba? Polecam np. pamiętnik Jakuba Wojciechowskiego (znamienny passus z tego dziełka, udowadniający, że wcale nie opisy nędzy materialnej są najbardziej przerażające: młody Kuba przez lata nie mógł doprosić się własnej matki, by posłała go do szkoły przynajmniej w czasie jesienno-zimowym, kiedy nie ma wielu prac u dziedzica. Co zabawne, za harówkę od świtu do zmierzchu Wielmożny Pan płacił tyle, co równowartość połowy bochenka chleba.)
Wiele przykładów można przytaczać - jak straszny głód zmuszający do wykopywania z ziemi zabitego z rozkazu urzędnika sanitarnego wieprza, u którego stwierdzono pasożyty... Reasumując - miasto być może dawało nadzieję na przetrwanie. Po prostu.
2. W większości - z głupoty, ale już na to pytanie odpowiedziała pośrednio pierwsza połowa posta Magnussa (w głowie chłopów często nie mieściła się wizja tego, że nawet maszyny ktoś musi obsługiwać, naprawiać, konserwować).
3. Uuuu - to temat-rzeka. Za klientelą wypożyczalni nie kryli się robotnicy fabryczni, ale nowe klasy pracujące, zwiększające swoją liczebność w XVIII i XIX w. - lokaje, służący, pokojówki, guwernantki czy nauczyciele... Alfabetyzacja rodziła się w bólach, wszak jeszcze w samym początku XIX w brytyjscy gentlemani powszechnie twierdzili, że umiejętność powszechnego czytania jest groźna i niewskazana.
Moim zdaniem problem z kapitalizmem jest złożony, ja ciągle mam setki wątpliwości i pytań - i za cholerę nie mogę wypracować innej niż "letnia" postawy.
Pozdrawiam i dziękuję za możliwość dialogu,
AA
Trudno pogodzić chęć zawarcia mnóstwa informacji w krótkim tekście, stąd często wychodzą kwiatki. W odniesieniu do pkt 1. powinienem dodać, że nie miałem na myśli naszego kraju rozdartego przez trzy mocarstwa, chociaż w 18. wieku żywot w mieście był jakby lżejszy. Pkt 2 odnosił się do luddystów w Stanach, którzy na pewno nie byli ze wsi wyjęci, tylko wyspecjalizowanymi robotnikami, tracącymi ciężki szmal. Co do pkt. 3 to trudno brać na poważne brytyjską szlachtę, skoro to nie ona pchała do przodu Imperium, a tylko dostarczała lepszej lub gorszej kadry dowódczej, zaś w wojnach z dawnymi koloniami za Atlantykiem brali w skórę. Co do klienteli wypożyczalni mogę się częściowo zgodzić, ale to rzeczywiście temat rzeka.
UsuńDo tematu wrócę jutro. Pewnie nie przekonam, ale...
Pozdrawiam i dzięki za wątpliwości.