Dwudziesty pierwszy wiek. Świat opleciony światłowodami, upakowany wieżami telefonii komórkowej, obstawiony antenami satelitarnymi. Słowa, którymi swego czasu urzekł świat Marshall MacLuhan stały się banałem. Planeta Ziemia wcale nie jest globalną wioską, ale niespecjalnie dużym podwórkiem. Obrazy wypadków, zamachów, katastrof czy gaf ludzi znanych trafiają do odbiorców w ciągu kilku – kilkunastu sekund. Wystarczy jeden osobnik z komórką w łapce i po chwili zarejestrowany w ten sposób materiał trafia do mediów społecznościowych, a z nich do stacji telewizyjnych i opatrzony odpowiednim komentarzem trafia do widza. Zdaje sobie z tego sprawę całe mnóstwo ludzi, więc nie odkrywam niczego nowego. Pytanie, które warto tutaj zadać to dlaczego odbiorcy nadal wybierają odpowiednio zmontowany i doprawiony przekazem zmanipulowanym przez polityczne przekonania szefów stacji, a nie czysty surowy materiał nakręcony ręką świadka?
Dzisiejszy dzień to kolejne upamiętnienie triumfu nad nazizmem, ale także święto bibliotekarzy, i ta drugie wydaje mi się o wiele donioślejsze. Dlaczego łączę w tym tekście cyfrowe podwórko ze świętem bibliotekarzy? To bardzo proste!
Przez wieki bibliotekarz kojarzył się z miejscem wypełnionym księgami. Wraz ze zmianami w kulturze, zmieniała się również jego rola. Był okres, całkiem długi w którym bibliotekarz był strażnikiem, chroniącym książki przed czytelnikiem (nic w tym dziwnego skoro za odpowiednią książkę można było nabyć wioskę albo dwie). Rola ta wdarła się do świadomości ludzkiej do tego stopnia, że nadal spora grupa osób zatrudnionych w bibliotekach ma w sobie coś z cerbera. Świat idzie naprzód, a biblioteka niby ewoluuje, ale w tempie iście ślimaczym (celuje w tym zwłaszcza Biblioteka Główna UMCS). Konieczne dla funkcjonowania bibliotek zmiany są tłamszone przez regulaminy. Odnosi się to zwłaszcza do bibliotek powstałych w erze przedkomputerowej i nie mam tu na myśli lubelskiej Biblio, olsztyńskiej Planety 11 oraz innych im podobnych, chociaż i nowoczesnym mediatekom ciężko dogonić mobilną rzeczywistość.
Wspomniane w pierwszym akapicie materiały wrzucone na serwisy społecznościowe są oglądane niemal bezrefleksyjnie. Oglądającym zależy właściwie tylko na makabrze, zaś autorowi ujęć na poklasku (spoko filmik ziom, czy inny osom). Komentatorzy ze szklanego okienka, „przejęci” zdjęciami opatrują je „na gorąco” spekulacjami przyswojonymi i powtarzanymi potem przez widzów. Zarówno komentatorom, jak i widzom brakuje kontekstu. Nie mają pojęcia o mentalności uczestników wydarzeń pokazywanych w materiale. Mają o tym opowiedzieć eksperci, ale to jedynie namiastka. Chcąc poznać przyczyny należy się oczytać.
I tutaj na scenę powinna trafić biblioteka z jej zasobami. Poszukiwacz wiedzy potrafi poświęcić wiele czasu na wertowanie książek i czasopism poszukując odpowiedzi na pytanie: dlaczego na mecie maratonu bostońskiego wybuchły bomby. Człowiek wychowany przez telewizję i internet „będzie znał odpowiedź” niemal w momencie wybuchu. Niestety biblioteka może zgromadzić określoną liczbę książek, o czym decydują finanse, profil gromadzenia i często widzimisię pracowników działu gromadzenia. Poszukiwacz wiedzy może odbić się informacji, że interesujący go tytuł wróci za kilka dni czy tygodni, że takiej książki czy czasopisma w bibliotece nie ma, albo od swoich niedostatecznych umiejętności w dziedzinie wyszukiwania.
W jaki sposób może biblioteka pokonać przynajmniej część z ww przeszkód? Dygitalizując, podpisując umowy z dostawcami książek elektronicznych i je udostępniając. Proste, nieprawdaż?
Najlepszego bibliotekarze :)
0 komentarze:
Prześlij komentarz