Czasem wizyta w Urzędzie obfituje w przypadkowo usłyszane rozmowy. Traumatyczne dla dotkniętych głupotą urzędników naszego pięknego kraju dodatkowo łamaną przez bezduszność. Kilka miesięcy temu żołądkowałem się nad postawą urzędników i niemal każda wizyta w urzędzie potwierdza moją kiepską opinię o profesjonalizmie osób tam zatrudnionych.
Przypadek pierwszy. Kobieta w wieku przedemerytalnym weszła do pokoju, w którym dokonywany jest obowiązek meldunkowy. Chwila ciszy, po czym zza drzwi dobiega coraz donioślejszy głos urzędniczki: Ten dowód został wydany bezprawnie! (chwila ciszy – domyślam się, że odpowiada petentka) Przecież to nie moja wina, że takie są przepisy. Gdyby się pani nie włóczyła, to nie musiałaby pani ciągle zmieniać dowodu!
Przypadek drugi. Rozmowa matki i córki. Dziewczę wyrabia sobie dowód i w międzyczasie opowiada matce o swoich szkolnych perypetiach. Dziewczynie widać nie idzie z matmy, bo puszcza rodzicielce nagraną telefonem komórkowym tyradę nauczycielki: I nie wmawiaj mi, że nazwałam cię debilką!. Wcale tak do ciebie nie powiedziałam. A w ogóle to chcę, żeby rodzice się ze mną skontaktowali. Potem dziewczę opowiada, że poszła z tym do dyrektora. Nagranie niewyraźne, bo złapała go na korytarzu podczas przerwy: Czym mi głowę zawracasz. Nauczyciele mogą tak się odnosić do swoich uczniów!
W sprawie pierwszej, czyli o obietnicach Tuska o rezygnacji z obowiązku meldunkowego i pomysłu wprowadzenia dowodów wzbogaconych o dane biometryczne, swego czasu pisałem. Sprawa druga jest o wiele bardziej złożona. Niedawno były minister edukacji w rządzie Kaczyńskiego przegrał sprawę z kilkoma młodymi ludźmi, których obdarzył o wiele łagodniejszymi epitetami w związku z ich postulatem o zdjęcie krzyży ze ścian ich wrocławskiej szkoły. Z kolei na głowę Janusza Korwin Mikke posypały się gromy za nazwanie chorych na kretynizm właśnie kretynami. Przyznam, że jestem w kropce. Czyżby urzędnik mógł więcej?
0 komentarze:
Prześlij komentarz