„Po nas może przyjść potop” miała powiedzieć markiza de Pompadour, faworyta króla Ludwika XV, kiedy jej wyrzucano marnotrawienie finansów publicznych, powoływanie swoich nieudolnych satelitów na naczelne stanowiska w wojsku i administracji cywilnej, lekkomyślną politykę zagraniczną, czy prowokowanie uczuć ludności. Niedługo potem Francję zalała rewolucja i znacznie przerzedziła grono arystokratów i nie tylko.
Gdy przeniesiemy się do dzisiejszej Warszawy i spróbujemy zamienić kilka słów z ludźmi zaangażowanymi w referendum nie usłyszymy właściwie niczego nowego. Nieudolni urzędnicy, marnotrawienie ogromnych kwot połączone z co najmniej mało rozsądnym zadłużaniem miasta, prowokowanie uczuć ludności - vide podwyżki w komunikacji publicznej, zakorkowanie miasta i żydzenie 5 zł na głupi bilet wstępu (sic!)
Jakoż wnet po przewrocie rozpoczęła się formalna gonitwa legionistów i innych zwolenników Piłsudskiego za posadami. Zrazu wydawało się, że posad tych dla nich nie zabraknie. Rzeczywistych bowiem legionistów, żyjących i zdolnych do pracy, było stosunkowo niezbyt wielu. Stopniowo okazywało się, że liczba dawnych „legionistów” wzrosła kilkakrotnie w wyniku przyłączania się rozmaitych włóczęgów politycznych, którzy pod hasłami: „Niech żyje Piłsudski” i „Precz z endekami”, szukali dla siebie koryta. Przyrost ten był dla grupy sanacyjnej na razie pożądany, bo ją wzmacniał liczebnie, obciążał jednak obowiązkiem otwierania nowych posad dla ludzi wątpliwej wartości moralnej. Zrazu zadowalano się pensjonowaniem endeków i ludzi podejrzanych o nieprawomyślność, nie wołających: „Niech żyje Piłsudski” i nie potępiających „endecji”. Gdy to nie wystarczało, trzeba było otwierać nowe posady zupełnie niepotrzebne, a jedynie dla zaspokojenia nowych rzesz tak zwanych legionistów szukających posad. Ofiarą tej łapczywości stały się monopole, przedsiębiorstwa państwowe, ubezpieczenia społeczne.
Wyścig pracy, jakiego potrzebę uznawał po wojnie Piłsudski, stał się w jego obozie wyścigiem o posady państwowe i o intratne stanowiska w monopolach i przedsiębiorstwach państwowych. Wyścig ten ogarnął wszystkich – wielkich i małych. - pisał Stanisław Głąbiński.
Zadziwiające jak historia lubi się powtarzać. Jakby w sztabach naszych partii parlamentarnych zostali zatrudnieni nieźli politycy tylko w celu podpowiadania niegodziwości popełnianych przez najznamienitsze szumowiny w historii. Wprawdzie podałem tylko dwa przykłady ale jest ich całe mnóstwo. Jeśli nie wierzycie, to sprawdźcie łaskawie skąd filozof z Biłgoraja pożyczył to sławetne „wziąć za pysk!”
0 komentarze:
Prześlij komentarz