Czasem referendum odnosi skutek, jak w przypadku odwołania Jerzego Kropiwnickiego z szefostwa w Łodzi, albo zlikwidowania straży miejskiej w kilku mieścinach. Gdy przychodzi jednak do spraw niezgodnych z linią decyzyjną rzeczywistych władców Rzeczpospolitej, sprawy muszą upaść.
Znakomity przykład to referendum w stolicy. Jego inicjatorzy wykoncypowali sobie, że mogą odwołać prezydent Gronkiewicz-Waltz, która to ich zdaniem szkodzi największemu polskiemu miastu. Nie wiem czy mieli świadomość, że rządy bufetowej są na rękę komuś ważniejszemu niż gromada chwilowych sprzymierzeńców, ale dzięki ich inicjatywie Polacy mogli przekonać się jak wiele znaczy demokracja.
Im bliżej terminu referendum, tym większa grupa osób znanych i „szanowanych” wypowiadała się, bardzo pokrętnie zresztą, za pośrednictwem mediów. Ktoś starszy i mądrzejszy wymyślił, że sprawa zostanie przegrana jeśli popierający panią Hankę uczestnicy referendum zagłosują przeciw jej odwołaniu. Dlatego znani i „szanowani” z Prezydentem RP na czele zaczęli marudzić coś o awanturze politycznej, czy wręcz hucpie i zachęcali do pozostania w domach. Okazało się, że zostanie w domu jest według starszych i mądrzejszych jak najbardziej zgodne z demokracją, więc grono klakierów skwapliwi temu przyklasnęło. Efekt - pani Hanka pozostała prezydentem stolicy. Wypada teraz oczekiwać, że sympatycy jedynej słusznej partii przyjmą za dobrą monetę radę pozostania w domach i na najbliższe wybory się nie udadzą.
Starsi i mądrzejsi mieli ostatnio jeszcze jeden problem. Okazało się, że przeciwnicy wcześniejszego posyłania dzieci do szkoły zebrali ponad milion podpisów pod wnioskiem o referendum. W tym przypadku władcy mieli sprawę ułatwioną. Wystarczyło dotrzeć do odpowiedniej grupy spośród wybrańców narodu aby wniosek o referendum oddalić. Rachu ciachu i po strachu! Nie będzie kolejnej hucpy, nie trzeba będzie nadwyrężać szarych komórek i wmawiać durnemu narodowi, że dzieci pójdą do szkoły wcześniej dla ich własnej korzyści.
Z całej akcji wynikło jedno poważne niebezpieczeństwo. Niektórzy, i to nie tylko sympatycy Kongresu Nowej Prawicy (korwiniści), uzmysłowili sobie, że nie mogą już właściwie decydować o sposobie wychowywania własnego dziecka. Ich rola ma się sprowadzać do kilku dziwacznych ruchów pod kołderką, urodzenia, karmienia, przewijania i wydawania kasy na potrzeby i zachcianki latorośli (23% VAT) oraz bezstresowego „wychowywania”. Ideologicznie ukształtują dzieciaki urzędnicy zatrudnieni w szkołach, telewizja i internet.
Czy można takie poczynania rządzących jeszcze nazywać demokracją?
0 komentarze:
Prześlij komentarz