Pan na zamku Ako urażony do żywego pogardą innego dostojnika zamierzał zgładzić swoim świetnym ostrzem wstrętnego impertynenta. Przeszkodzono mu, a jako że działo się to w miejscu przebywania szoguna – wyrok mógł być tylko jeden.
Śmierć! Właścicielowi Ako, Panu Asano, pozostawiono zaszczytną śmierć od krótkiego ostrza przecinającego własne trzewia oraz opadającego na kark miecza asystenta – seppuku. Wyrok szoguna stanowił, że samurajowie rodu staną się roninami, zaś sam zamek miał przejść w chciwe łapska zaatakowanego dostojnika. Wierni wojownicy zakwestionowali dla ratowania honoru rodu i swojego własnego postanowili ukarać nowego właściciela Ako, Pana Kirę. Jego śmierć miała zbyć okrywającą ich hańbę, a oni mogliby z podniesioną głową i otwartymi brzuchami podążyć za swoim daymio.
Tak w skrócie brzmi opowieść o 47 roninach, którą znają chyba wszystkie japońskie dzieci (mam nadzieję, że jeszcze znają!) i miłośnicy świata samurajów, yakuzy i gejsz. Miałem przyjemność oglądać do przedwczoraj cztery ekranizacje tej opowieści. Przedwczoraj wykorzystałem tanią środę w jednym z lubelskich kin i zabierając ze sobą dwa cebularze (na pohybel niewolnikom popcornu i coli!!!) postanowiłem obejrzeć piątą ekranizację tej pięknej historii. Ulegając ostrzeżeniom Onufrego (patrz Jego opinia o drugiej części Hobbita na tych łamach), wybrałem wersję 2D. I, co zapewne zdziwi większość recenzentów, nie żałuję.
Pozwólcie, że wymienię zalety, wady i wątpliwości w kilku punktach:
Zalety:
1) Piękne zdjęcia, wspaniała charakteryzacja i świetne efekty specjalne.
2) Dobrze dobrana obsada a w niej spore grono cenionych Japończyków, Keanu Reeves – najmniej chyba drewniany w swojej karierze i olśniewająca Ko Shibasaki(patrz zdjęcie).
3) Dość wiernie oddany duch opowieści o honorze japońskiego wojownika.
4) I jakie napięcie! - do dziś mam zakwasy od niemal dwóch godzin napinania mięśni...
5) Brak szczęśliwego zakończenia (były tym szczególnie zawiedzione dwie „kinomanki” siedzące w rzędzie wyżej).
Wady:
1) Nadmierna zażyłość emocjonalna Miki jedynej córki pana Ako i służącego im wyrzutka półkrwi – Kaja.
2) Używane sporadycznie zwroty w języku japońskim (wszyscy aktorzy mówili po japońsku).
3) Kilka słabości w scenariuszu, jak np. zagadkowy upadek ducha grupy zbuntowanych roninów po pierwszej nieudanej zasadzce na złowieszczego pana ...
Nurtuje mnie tylko jedna wątpliwość: nie wiem czy scenarzyści Chris Morgan i Hossin Amini oraz reżyser Carl Rinsch nie zdecydowali się na zbyt mało magicznych istot, skoro pierwsze słowa filmu mówią, że Japonia obfituje w takie stworzenia. Z drugiej strony, krytycy narzekają, że one tam są ...
Tym, którzy nie wiedzą zbyt dużo o Japonii, mogę z czystym sumieniem polecić „47 roninów”. Miłośnikom Kraju Kwitnącej Wiśni mogę powiedzieć tylko tyle: sami się przekonajcie! Serwisów filmowych jest w sieci zatrzęsienie, więc carry on! Nie polegajcie na opinii krytykantów z DGP czy „Polityki”. Odniosłem wrażenie, że nie znają ostatnich produkcji japońskich, więc narzekają przywołując starych mistrzów kina. Tymczasem to, co przecieka od jakiegoś czasu do Polski jest wiele słabsze od filmu debiutanta Carla Rinscha. Filmy nakręcone na podstawie mangi – tamtejszej odmiany powieści obrazkowych – są co najmniej kiepskie (przykłady: „Shinobi”, „SPEC”, czy widowiskowy „Space Battleship Yamato”). Do nielicznych wyjątków niezłej roboty mogę zaliczyć „13 zabójców” Takashi Miike, czy filmy naznaczone osobą Takeshi Kitano. Poza tym film zrobiono pod współczesną widownię, która odznacza się tym, że kojarzy z Japonii niewiele więcej niż Toyotę, SONY, sushi i co niektórzy Hiroszimę i Nagasaki.

0 komentarze:
Prześlij komentarz