Może to wina nieumiejętnie dobranych lektur, bo zanim wpadł mi w ręce „Hobbit, czyli tam i z powrotem” przeczytałem wszystko co napisał Howard o Conanie. Czytałem więc opowieść o przygodach Gandalfa, Bilba i krasnoludów z coraz większym zniecierpliwieniem. Gdzie te krwawe zmagania, gdzie czary, gdzie napięcie? Oczywiście wszystko to było, ale ukryte przed czytelnikiem. Dzięki mistrzostwu Tolkiena wróciłem myślami do baśni, którymi zaczytywałem się u początku szkoły podstawowej. Tolkien na nowo obudził uśpioną – przez ociekający krwią miecz Conana – wyobraźnię.
Już pierwszą część filmowej trylogii Petera Jacksona odebrałem z dwojakimi uczuciami. Z jednej strony piękne zdjęcia i wspaniałe efekty specjalne oraz specyficzny humor, z drugiej... Właśnie ta druga strona to największa wada „Hobbita. Pustkowia Smauga”. Ale po kolei.
Pierwsza scena może wzbudzić w widzach pewną dezorientację. Bo skąd akurat teraz mgliście sobie przypomniane wnętrze karczmy, w której to znacznie później czterej hobbici mają poznać Obieżyświata? Oczywiście w miarę posuwania się akcji widzowie mogą dać odpowiedź na to pytanie: całe grono scenarzystów oraz reżyser postanowili wyjaśnić wszystkie zagadki kryjące się zarówno w opowieści Tolkiena, jak i poprzednich ekranizacjach jego powieści.
Dostaje więc widz na tacy wszystko to co pozostawił Tolkien wyobraźni czytelników, a nawet o wiele więcej. W skład owego „więcej” wchodzi również wyczarowana przez scenarzystki postać przepięknej elfki granej przez Evangeline Lilly, która częściowo ratuje „Pustkowie Smauga”, czy walka między Gandalfem a Sauronem w twierdzy tego ostatniego (nawiasem mówiąc scena jest czystym idiotyzmem – po cóż bowiem Gandalf miałby sobie łamać głowę we „Władcy” nad tajemnicą pierścienia, skoro kilkadziesiąt lat wcześniej zebrał zdrowo w skórę od Przeciwnika?).
Nie będę więcej narzekał (prawie!), bo oglądając „Pustkowie Smauga”, szczególnie w wersji 3D, można wyjątkowo (a może nawet za bardzo) nacieszyć oczy. Ilość efektów specjalnych, walk, pogoni jest niewiarygodna, krajobrazy zapierają dech w piersiach, zaś sam Smaug imponujący! Na zakończenie dodam, że mimo wszystko z chęcią zobaczę drugą część „Hobbita” jeszcze ze dwa razy. Tym razem w wersji 2D!!!

0 komentarze:
Prześlij komentarz