Niedawna awantura o podwyżki dla parlamentarnej gromadki, zwiększenia dotacji dla partii itp. wzbudziło w ludzie pracującym (albo nie) miast i wsi wiele mało życzliwych uczuć. Jeśli ktoś ma oczy służące nie tylko do wypatrywania psich kup na chodnikach, powinien zauważyć, że w naszym pięknym i nieszczęśliwym kraju pobiera płace zbyt wiele osób zatrudnionych w budżetówce. Oczywiście w ich przekonaniu są oni wprost niezastąpieni, bo... kto by tym wszystkim zarządzał? Czym zarządzał? To wiedzą jedynie ONI.
W powszechnej świadomości budowane jest przekonanie, że Polska w okresie międzywojennym była krajem mlekiem i miodem płynącym. Jeśli istniały jakieś niedostatki, to zostały one wyeliminowane po zamachu majowym. O tym, że jest to zwykłe łgarstwo próbują przekonać swoich czytelników choćby Rafał Ziemkiewicz i Sławomir Suchodolski opisując liczne przeniewierstwa i skandale z lat 1926 – 1939. Jeśli chodzi o okres odrobinę wcześniejszy, pojawia się w mediach społecznościowych opinia, że rządy przedsanacyjne radziły sobie z kumoterstwem i łapówkarstwem, wprowadzając odpowiedzialność życiem za wspomniane patologie w funkcjonowaniu państwa (chodzi mi przede wszystkim o red. Otokę - Frąckiewicza). Czy tak było w rzeczywistości? Przeczytajcie felieton Aleksandra Świętochowskiego zamieszczony w „Myśli Narodowej” nr 4 z 1926 r.:
„Nad chorym rdzeniem pacierzowym Polski, nad wyniszczonym skarbem państwa odbywa się w dalszym ciągu wielkie konsyljum, w którem uczestniczą nie tylko specjaliści miejscowi i znakomici medycy zagraniczni, ale również i swojscy znachorzy, a nawet wszyscy lekarze Stańczyka, którzy według niego stanowią najliczniejszą klasę społeczną. Ostatnio wezwany został na naradę głośny znawca finansów, profesor amerykański Kemmerer. Dlaczego to konsyljum trwa blizko od roku i nie zapowiada swego końca – trudno zgadnąć. Wszyscy bowiem, zarówno miejscowi, jak sprowadzeni z zagranicy jego członkowie stawiają tą samą djagnozę i zalecają te same leki. Polska – mówią – jest nadmiernie "rozbudowana", przeto utrzymanie jej w tej postaci przechodzi siły materjalne narodu; sprawiła sobie organizację "na wyrost", posiada urzędy, wydziały, a nawet całe instytucje "zapasowe", lub utworzone jedynie, jako żerowiska dla pasorzytów i kolonje dochodowe dla krewniaków i przyjaciół władz ustawodawczych i rządowych. Blizko miljon ludzi pobiera pensje państwowe, nieraz bardzo wysokie i nieodpowiadające ani uzdolnieniom sowicie opłacanych jednostek, ani wartości ich pracy. Ta ogromna armja urzędnicza nie tylko zawiera wysoki procent gatunków moralnie zgniłych, ale nadto przyczynia się do skomplikowania i splątania administracji, opóźniającej bieg wszelkich spraw i tamującej prawidłowy rozwój życia. Przeważnie jest albo leniwa i niedołężna, albo łupieżcza i przekupcza. Liczne przedsiębiorstwa państwowe, które powinny dawać wielkie zyski, dają wielkie straty albo mizerne dochody. Mórg lasu rządowego - a jest ich 5 miljonów - przynosi 7 zł. bez podatków! Folwarki rządowe, doskonale zaopatrzone, położone w pierwszorzędnych ziemiach, nie pokrywają swych rozchodów. Po łokcie i ramiona zanurzają się rabunkowe ręce w skarbie, wyczerpując z niego korzyści osobiste. Często niejedna, ale dwie, trzy i cztery pary rąk wykonywają łącznie tę pracę. Mąż, żona, syn, córka, brat, siostra - całe stadko rodzinne obsiada nieraz rozmaite urzędy w jednej lub kilku instytucjach i wydziobuje z nich pożywne ziarnka, gdzie indziej znowu właściciele majątków ziemskich, domów miejskich, przedsiębiorstw handlowych i przemysłowych doją krówki rządowe, podczas gdy tysiące bezrobotnych i głodnych inteligentów daremnie wystawiają na tani najem swoje stroskane głowy i puste ręce. My o tem wszystkie m doskonale wiemy bez pp. Youngów i Kemmererów; nam potrzebna jest nie wskazówka, gdzie tkwi zło, ale rada, jak zniszczyć jego źródła. A tego nas nie nauczy najgenialszy finansista zagraniczny. Zburzyć bowiem tę wielką i mocną budowę łupiestwa, której niezliczone cegły grubego i mocnego muru spojone są cementem "uzgodnionych" władz, wpływów partyjnych, wzajemnej obrony i pomocy organizowanych klik - jest to przedsięwzięcie,przerastające siły średnio uzdolnionego i średnio śmiałego reformatora. Może zsumowani razem Zdziechowscy i Moskalewscy wyrównaliby rozumowi i energji Mussoliniego, ale gdzie są u nas faszyści? Gdzie są miljony obywateli, ogarniętych płomieniem patrjotyzmu, łączących się w zwarte szeregi dla wytępienia szkodnictwa, odważnych i karnych, poruszających się ogromną masą po szerokiej drodze do wspólnego celu. Czy jest w naszem życiu jakaś święta sprawa, jakieś wielkie hasło, jakiś alarm niebezpieczeństwa, jakiś krzyk ratunku, któryby porwał masę społeczną do zbiorowego czynu? Trzebaby chyba zwalić na nas hordy bolszewickie grożące zagładą, ażeby taki poryw wywołać i do bohaterstwa pobudzić. Bez blizkiego widoku śmierci nie zdobędziemy się na żaden "cud nad Wisłą". Pozostaniemy społeczeństwem sflaczałem, wystudzonem, biernem, pozwalającem robić z siebie wszystko, co się podoba jakiejś rozkiełznanej zuchwałości, robaczej ambicji lub krótkowzrocznemu rozumowi. To nie jest bynajmniej objaw niszczącej choroby lub uwiądu starczego; my jesteśmy narodem młodym i zdrowym, ale łagodnym, uległym i przez długą niewolę osłabionym w energji i przyzwyczajonym do poddaństwa. Ktokolwiek chwyci buławę, stajemy kornie pod jego komendą; ktokolwiek ma bat w ręce, my zginamy karki. Łączymy w sobie najjaskrawszą sprzeczność, jaką można sobie wyobrazić: wyuzdane warcholstwo jednostek i cierpliwą potulność ogółu, oszalałą zuchwałość wodzów i zajęczą lękliwość gromad. Czyby tak było u nas, jak jest, gdyby społeczeństwo wszelkiemi sposobami, jakimi opinja publiczna zwykła się wyrażać, protestowało przeciwko opłacaniu ministerjalnemi pensjami 555 ustawodawców, z których ¾ nic nie rozumie z roztrząsanych w Sejmie spraw, nic się nie odzywa, nic nie robi, tylko wykonywa mechaniczne ruchy głosowania według komendy przywódców. Po co ono płaci przeszło sześć miljonów złotych rocznie za pracę, którą prędzej, lepiej i taniej mogłaby wykonać czwarta część tej czeredy? Dlaczego ono znosi i morderczemi podatkami opłaca ogromną armję urzędniczą, w której co najmniej połowa trudni się grabieżą, plątaniem wątku spraw najprostszych lub tylko spożywaniem poborów miesięcznych? Dlaczego uczciwi obywatele, widząc krzyczące nadużycia w majątkach i przedsiębiorstwach państwowych, poprzestają na prywatnych szeptach lub bezimiennych doniesieniach do gazet? Dlaczego rozumni i niepodlegli tyranji partyjnej robotnicy nie wystąpią w wielkich zgromadzeniach przeciwko dogmatyzowaniu przykazań demagogji i nietykalności "zdobyczy społecznych" proletarjatu, które wytwarzają zastój w pracy i rodzą coraz większy tłum bezrobotnych? Słowem dlaczego społeczeństwo samo nie podejmuje walki z nieuczciwością, uwodzicielstwem i głupotą? Jeżeli jest gdzieś na kuli ziemskiej nie znakomity znawca gospodarki finansowej, ale genjalny konstruktor narodowej administracji, potężny burzyciel twierdz uprawnionego bandytyzmu, nieustraszony pogromca smoków społecznych, wreszcie czarodziej, umiejący wydobyć z narodu siłę twórczą i samozachowawczą - tego sobie sprowadźmy, niech nam da radę. Ale Youngowie, Kemmerery i inni konsultanci nic nam nie pomogą, a najwyżej zaświadczą przed światem, iż Polska jest organizmem zdrowym, pięknym, żywotnym, ale ograbianym przez szajki łupieżców i niszczonym przez gromady pasorzytów. Nie potrzebuje ona leków, ale potrzebuje gwałtownie czujnej i energicznej policji obywatelskiej, proszków, tępiących robactwo i kąpieli. To wystarczy do jej odrodzenia.
W naszem życiu społecznem tragizm łączy się ciągle z komizmem. Skutkiem giełdowej zniżki wartości złotego naturalnie wzrasta drożyzna. Rząd i prasa uderzyły na nią łącznym atakiem: w tym celu rząd... podwyższył cenę wyrobów tytuniowych a prasa cenę sprzedawanych numerów. Budująca konsekwencja, według przysłowia: "co wolno Jowiszowi, tego nie wolno wołowi". Jowisze monopolu tytuniowego i wydawcy gazet nie podlegają kontroli w swych kalkulacjach handlowych, więc nie tylko mogą uprawiać bezkarnie lichwę, ale nawet tamować ją i karać na całej przestrzeni handlu po za ich granicami. Co innego prywatny kupiec, a zwłaszcza sklepikarz. Tego można chwytać na każdym uczynku lichwy i stawiać pod sądem. Już przed wielu laty „Neue Freie Presse” wykazała na wystawie w Wiedniu, że do prenumeraty każdego abonamentu dokłada 32 guldeny rocznie i że tę różnicę pokrywa dochodem z ogłoszeń. W podobnem położeniu znajdują się wszystkie dzienniki, szeroko rozpowszechnione: nowi prenumeratorzy nie są dla nich zyskiem, lecz stratą, a najkorzystniej byłoby mieć jednego, gdyby oczywiście na to zgodzili się dający ogłoszenia. Warszawscy przeto wydawcy,podnosząc cenę swoich gazet, osiągnęli korzyść podwójną: zwiększyli zysk z każdego numeru i zmniejszyli ilość sprzedawanych egzemplarzów. Jaką to elegantką jest drożyzna, jak ona umie przebierać się w najrozmaitsze szaty! A zawsze na benefis dobra publicznego!”
ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI

0 komentarze:
Prześlij komentarz