Całkiem niedawno Ministerstwo Nauki i magazyn Elle zorganizowały konkurs "Dziewczyny przyszłości. Śladami Marii Skłodowskiej-Curie." Jego efektem były zdjęcia młodych badaczek w eleganckich, dobranych przez znanych stylistów, strojach. Zjawiskowe kobiety nauki można obejrzeć na stronach internetowych ministerstwa. Warto na nie zerknąć bo nieczęsto do nauki trafiają rzeczywiste piękności. O wiele częściej na wykładowych salach bądź w zaciszu gabinetów znajdziemy efekty długotrwałych zabiegów przeprowadzanych przed lustrem. Słowem łgarstwo zmywane dopiero po powrocie do domu. Oczywistą oczywistością jest także to, że panie próbujące wtłoczyć odrobinę wiedzy do głów żakom płci obojga, wiedzą kiedy przestać. W odróżnieniu od studentek, jak to określił na jednych z zajęć niemal dwadzieścia lat temu jeden z młodych lubelskich filozofów, które przyszły na studia aby znaleźć męża. O dziwo on szukał żony i znalazł ją wśród grona studenckiego znajdującego się wtedy wraz ze mną na konwersatorium. Ale wróćmy do naszych baranów. Podczas studiów dość często zaglądałem do koleżanki z roku Marioli, uroczej dziewczyny z Ikara. Wraz z nią zajmowała apartament młodsza o kilka lat Lubartowianka. Długie czarne włosy, takiż strój - słowem Gotka. Któregoś wieczoru miało odbyć się przyjęcie połączone z konsumpcją okowity. Uradowany otwieram drzwi a przed lustrem stoi nieznana mi dziewczyna. Cześć - powiada - Mariola jest w pokoju. Zdziwiony otwieram kolejne drzwi i pytam kto u diabła tam stoi. Była to owa Lubartowianka. Właśnie zmyła makijaż. Opadły mi ręce.
Ale nie o tym chciałem. Kilka lat temu przeczytałem felieton Janusza Korwin-Mikke. Opisywał w nim konferencję naukową, w której brał udział. Podczas przerwy w kuluarach toczyły się rozmowy, których kilka przypadkiem usłyszał. Większość z nich dotyczyła referatów i ich implikacji. Jedna z nich wprawiła go w zadziwienie. Kilka utytułowanych pań (dr, dr hab., prof.) popijając kawę rozprawiała o przecenach ubrań w galeriach handlowych. Akurat tego nie zrozumiałem. Co konkretnie dziwiło pana Janusza? Ano to, że zamiast rozprawiać o nauce, gadały o duperelach. Pomyślałem wtedy, że mimo swojego wieku jest pan Janusz niedzisiejszy. Przypomniałem sobie wtedy, jak podobna sytuacja wstrząsnęła mną gdy jako student znalazłem się na konferencji zorganizowanej przez rodzimy zakład. Referował wtedy (troszkę pozmieniam nazwiska bo jeszcze się komuś w główce popie... i oskarży mnie o zniesławienie) dr Slip (pseudonim Gnida nadany mu podaj przez Skarba). Mówił o lubelskiej prasie z początku wieku a sala kompletnie go nie słuchała. Niedaleko mnie siedziały dr Ujda i dr Tamczuk. Pokazywały sobie świeżo nabyte kozaczki i komentowały zakupy. Wtedy właśnie pierwszy raz doznała uszczerbku moja naiwność. Pierwszy cios zadały jej świeżo zakupione kozaczki.
Kobieta to zawsze kobieta... Ale z drugiej strony na to patrząc, to całkiem zdrowy objaw. Przynajmniej widać, że w/w Panie nie żyją tylko pracą, jak co poniektóre znane z innych zakładów osoby.
OdpowiedzUsuńA studentki, to fakt czasami więcej mają na twarzy szpachli niż skóry... Na szczęście przez lata studiów ja byłam na to zbyt leniwa... Wolałam dłużej pospać :))
A sen na cerę wyśmienity :)
OdpowiedzUsuńMoże dlatego nadal wyglądam jak 18latka :)
OdpowiedzUsuńWspomnienia są cenniejsze od pereł ;)))))))))). A to wspomnienie to doprawdy perełka.
OdpowiedzUsuńAle akurat wspomnienia takiego kalibru trzeba dawkować z umiarem :)
OdpowiedzUsuń