Dość długo zastanawiałem się dlaczego napisanie doktoratu w lubelskim Zakładzie Nauk Pomocniczych Historii i Bibliotekoznawstwa przeciąga się aż do absurdalnych ośmiu i więcej lat. Dumałem sobie, że 3 - 4 lata to max. Dopiero gdy zatrudniono mnie i poobserwowałem przez kilka lat panujące tam obyczaje, zrozumiałem jak wielkim frajerem byłem. A Anita ostrzegała! Machałem tylko ręką i mówiłem "Spoko". Początkowo rozpierał mnie entuzjazm. Chciało mi się jak cholera. Siedziałem w robocie od rana do wieczora, dokształcałem się w bibliotece i zbierałem bibliografię. Początkowo prof. Trzymański zalecił abym przyjrzał się styku bibliografii i informacji naukowej, a ja już rozpoznam temat to zadecydujemy o temacie. Luz! Bibliografia zebrana, czytam. Czytam i czytam, notuję dumam! Dr Tamczuk podesłała parę książek, dr Trojan bzdurzył. Tymczasem pojawiło się nowe pole do badań. Już nie pogranicze dwóch nauk ale automatyzacja i komputeryzacja bibliografii. Znowu bibliografia i oczytywanie się w temacie. Temat chujowizna, ale walczę. Na darmo! W międzyczasie Zakład stał się Instytutem. Opiekę nad młodym jeszcze i obiecującym asystentem przejął dr Trojan. Tymczasem przyszła moda na zarządzanie informacją. Wymyśliłem temat! Zarządzanie informacją w bibliotece i jej otoczeniu. Bibliografia, oczytać się. I znowu gnój! Zmieniać, bo nie ma czasu! Ok. Wreszcie to co lubią tygryski. "Nielegalny obieg książki elektronicznej." Myślałem, że to jest to. Tym bardziej, że dr Trojan utwierdzał mnie, że rozmawiał z warszawskimi posiłkami dla Instytutu w postaci prof. Możniak. Trzeba tylko wybrać odpowiedni aspekt i jazda. Ruszyłem! Tym bardziej, że temat wreszcie do mnie mówił. Nikt tego w Polsce nie ruszył. Niezliczone godziny w necie. Przeglądanie sieci p2p i serwisów z linkami do książek. Spieprzyłem sobie oczy do tego stopnia, że nie mogłem patrzeć w monitor dłużej niż 2 godziny. Po drodze skrobnąłem kilka artykułów, odwiedziłem z referatami kilka konferencji, gdy nagle z Instytutu zniknął dr już habilitowany Trojan. Poszedłem do prof. Możniak i okazało się, że dotychczasowy opiekun łgał. Temat jest do bani. Zagotowało mnie, bo czas na zrobienie doktoratu skurczył się do roku. Zacząłem planować, że się na skur...la zaczaję i ... W międzyczasie prof. Możniak wraz z dyrektorką wymyśliły, że teraz kolej na "Muzyczne dokumenty w bibliotekach polskich". Znowu bibliografia i czytanie. Ale już bez przekonania. Rektor przedłużył mi zatrudnienie o rok, potem o kolejny. W tym czasie ukazało się w fachowych czasopismach i pracach zbiorowych około dziesięciu artykułów, których byłem autorem lub współautorem.
Wyszło w końcu na moje. Trzy lata i napisałem. W bólach. Bez przekonania. I na dodatek ścierwo. Sugestie wyższej instancji spowodowały, że istota tekstu zmieniła się do tego stopnia, że nie mogłem się podpisać pod tym zbiornikiem wylanej wody i stekiem przeinaczeń. Do tego jeszcze dochodziła konieczność wchodzenia wiadomo gdzie recenzentom i zdawanie egzaminów. Pomyślałem dość. Za stary na to jestem. Nie wykrzeszę z siebie tyle, żeby wystarczyło aby przez to przejść. Czas na zmiany.
Lekkawo przypomina mi to kilka dziwnie znajomych walk na szczeblu niższym...
OdpowiedzUsuńNo ale przynajmniej dorobek naukowy w postaci artykułów z dziedzin kilku jest? jest.. postępująca wada wzroku jest? Wada kręgosłupa jest? jest [bo u kogo nie ma] Nerwica jest? jest ... I możesz powiedzieć, że jesteś zbyt chory fizycznie i emocjonalnie po tych kilku latach, żeby nie być ślepym na uroki zdobywania wiedzy.
E tam. Teraz mnie tylko złość trzęsie. Zdrowie się poprawiło. Przechadzki po lesie po dziczych ścieżkach potrafią zdziałać cuda:) Poza tym zapomniałem dodać, że to pewnie wszystko i tak moja wina:)
OdpowiedzUsuń