Zauważyliście zapewne, że ostatnio coś mało tu pisuję. Nie jest to brak weny. Nie jest to brak pomysłów. Nie jest to wreszcie niechęć do uzewnętrzniania się. Po prostu więcej czasu zajmuje mi wstrętna robota i gdy siadam wreszcie do kompa po kolacji zwyczajnie brak mi sił. Lata lecą :) Jedną z oznak jest cholerny ból w naderwanym niegdyś wiązadle kolanowym, który pojawia się podczas deszczowych dni. A dzisiaj cały dzień pokapuje...
A zatem krótko o tym co mi niedawno do zakutego łba przyszło. Rozmawiałem jakieś półtora roku temu z pewnym młodzieńcem o różnych ciekawostkach i ten nagle o małej traumie jaką przeżył wraz z kumplami podczas podróży na imprezkę do Lublina. Podróż wesoła, wrzaski, bluzgi, rechot, przechwałki jak zwykle u napełnionych testosteronem młodych samców. W końcu kilka kilometrów przed Lublinem jeden z nich wyjmuje kokę ładnie zapakowaną do woreczka, otwiera i szykują się do wąchania, gdy samochód podskakuje na wyboju i proszek ląduje na podłodze, spodniach i siedzeniu. Wyobraźcie sobie jaki wrzask się podniósł. Błyskawicznie zatrzymali auto i maczając paluchy w resztkach koki wcierali ją pracowicie w dziąsła. Młodzieniec opowiadając to prawie się rozpłakał.
Popatrzyłem na niego spod oka i opowiedziałem jaką traumę przeżyliśmy ja i dwóch moich druhów w szczenięctwie. Był kwiecień, pięknie przygrzewało słoneczko więc wraz ze Stachem i Kostkiem kupiliśmy kilka zakapslowanych win z większą niż zazwyczaj zawartością siarki, dwie ramki fajek i ruszyliśmy w stronę parku. Nie uszliśmy trzydziestu kroków gdy Stachowi wypadła jedna pryta i zbiła się bezlitośnie! Jakiż był żal i zgrzytanie zębów. Niemniej nie rzuciliśmy się do wychłeptywania jej z chodnika... Choć odwracaliśmy się w stronę kałuży niejeden raz.
Widać też zrobiłem zbolałą minę bo pokiwał głową i zawyrokował:
- Patrz no jak w świecie zmienia się sposób na dobrą zabawę. Jedynie żal nad utraconymi wspomagaczami pozostaje taki sam.
Pokiwałem głową, bo wyjął mi to z ust.
0 komentarze:
Prześlij komentarz