Nie ma to jak ekolog pierdzący w stołek. Chodzi mi o takich, w których głowach kotłują się miliony pomysłów ochrony życia i zdrowia roślin i zwierząt i którzy plener widzieli na kanale National Geographic albo w magazynie "Poznaj swój kraj". Ot wymyślili sobie choćby, że używanie sławojek będzie na cenzurowanym. O tym szerzej w jednym z następnych wpisów, natomiast dzisiaj znowu o psach.
Tym razem poruszę problem dużych psów stojących do tej pory na łańcuchach w wioskach położonych pośród lasów. Do tej pory, bo całkiem niedawno zaczął obowiązywać przepis o konieczności spuszczania szczekających czworonogów co 12 godzin. Gospodarze obawiając się donosów, spuszczają zatem grzecznie Azory, Reksy, Murzyny, Cygany wieczorową porą. Wtedy ruch po siołach zamiera (włóczykije śpią po domach spici tanim winem) i psy mogą w miarę bez szkody dla ludzi pobiegać.
No przynajmniej tak to sobie chyba wyobrażali wzmiankowani ekolodzy. Ale psy poznaczywszy terytoria wybierają się zazwyczaj tam, gdzie ciągnie ich zew natury. Do lasu! I to nie pojedynczo ale całą watahą. A w lesie zaczynają polować. Nie ujdzie przed watahą ani sarna, ani jeleń, ani dzik! Rozrywają je na strzępy, a posmakowawszy posoki ani myślą wracać bladym świtem do obejść . Odsypiają z pełnymi kałdunami. I wtedy nachodzą ich często myśliwi z kół łowieckich. Widzą ogryzione kości. I jedyne co mogą zrobić to tylko złapać psa i odstawić go gospodarzowi. Kolejny przepis wymyślony przez ekologów z tyłkami przyrośniętymi do foteli. Takie sarny, jelenie czy dziki nie są tanie. A gospodarz nie lubi rozstawać się z żywą gotówką. Co się zatem stanie gdy otrzyma mandat na ładnych kilka czy kilkanaście tysięcy zł za szkody wyrządzone przez psa? Przyszło owym ekologom do zakutych łbów jaka śmierć jest lepsza? Ja się w każdym razie nie spodziewam, że taki pies przeżyje. Litościwy gospodarz założy Azorowi pętlę na szyję, ale większość weźmie do ręki drąg i nie skończy dopóki zwierzak będzie oddychał.
I taki gospodarz będzie miał w rzyci to, że go oskarżą o okrucieństwo wobec zwierząt. Bardziej będzie go gryzła konieczność zapłacenia owych kilku czy kilkunastu tysięcy zł. A więc drodzy ekolodzy dalej nie odklejajcie swoich tyłków od foteli i niechaj pomysły poprawienia losu zwierząt dalej w was kipią.
0 komentarze:
Prześlij komentarz