Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

środa, 9 maja 2012

Odpowiadam na krytykę

maja 09, 2012 Posted by Onufry Okowita , , 5 comments

Przypadkowo usłyszane rozmowy mogą dostarczyć mnóstwa radości. Tak, wiem, że to podsłuchiwanie. Trudno jednak nie usłyszeć słów wypowiadanych przez młodych ludzi, którzy siedzą o metr od ucha i nie posługują się szeptem. Co ciekawe, rozmowy te korespondują troszku z tym co pisałem o lekturach. Najpierw to czego nie wiem. Nie wiem do jakiej szkoły chodzi młodzieniec, który opowiadał swojej koleżance porażki jakich zaznał od nauczycieli. Nie jest to jednak ważne. Zawsze, w każdej szkole trafi się menda, albo dwie, które będą zatruwać życie wszystkim dookoła, a uczniom w szczególności. Temu młodzieńcowi trafiły się takie dwie. Jedna od chemii, druga od polskiego. I chyba dość mocno go przestraszyły, skoro nie chciał sobie "obory robić" i opuszczać lekcji. Ale do rzeczy.
Pisał razem z kumplem niedawno klasówkę z chemii. Nie było ich jak pisali wszyscy, więc musieli sami. Oddali, nauczycielka popatrzyła, pomazała coś, pomruczała pod nosem i zasadziła mu kosę. Chwilę później poprosiła ich o zeszyty. Tłumaczyli, że przed chwilą pisali klasówkę i nie mogli jednocześnie do zeszytów przepisywać z tablicy. Nie pomogło! Kosa numer dwa podczas 45 minut. Tego mnie się nigdy nie udało uzyskać. Raz wprawdzie w szóstej klasie zaliczyliśmy z kumplem dwa baniaki na matmie, ale jeden na pierwszej a drugi na drugiej lekcji. Zastanawiałem się wtedy, czy to za to, że niedawno przypadkowo wkopnąłem piłkę do nogi jej przez okno na pierwszym piętrze. Przysięgam, nie wiedziałem, że tam mieszka.
Baba od polskiego, prześladowała tego młodzianka za lektury. W ciągu semestru zaliczył sześć kos na czysto. Nawet tłumaczył, że czytał co nieco, ale kobieta wnikała i w ogóle się na niego uwzięła. Pytała dotąd aż dotarła do sedna i udowodniła mu jak mało wie. Skąd my to znamy?
Dość często omawianie lektur kończy się podobnym rezultatem. To w połączeniu z ich niemal totalnym nierozumieniem, powoduje co najmniej niechęć do ich poznania. Rafał w komentarzu do posta pisał, że Żeromskiego nie rozumiał kompletnie, i że niezbyt dobrze dobrałem przykłady. W gruncie rzeczy co bym nie wybrał byłoby źle wybrane. W moich czasach lekturą obowiązkową w szóstej chyba klasie były Bajki robotów Lema. Super. Ale dziewuszkom to kompletnie nie odpowiadało. Gdy słyszały nazwisko Lem, dostawały niemal gęsiej skórki. W technikum z kolei urzekł mnie Gombrowicz i Ferdydurke. I książka, i film były totalnie odjechane. Do tego stopnia mi się podobało, że aż opowiedziałem treść książki podczas omawiania (niewielu przeczytało). Musiałem się odrobinę nakręcić, bo ryczeli ze śmiechu wszyscy z panią mgr Grochowicz, naszą wychowawczynią, włącznie. Pozdrawiam ją serdecznie, gdyby kiedyś trafiła na osiołkowo :)
Co do Sienkiewicza, Mickiewicza, Dąbrowskiej, Reymonta, Prusa czy Żeromskiego to może i rzeczywiście czas na zmiany. Może się mylę, że bronię ich obecności na liście lektur. Gdy ich zabraknie, to może za kilkanaście lat badacze czytelnictwa uzyskają bardziej miarodajne odpowiedzi na pytanie o książkę jaką przeczytaliśmy w ciągu ubiegłego roku. Ale w gruncie rzeczy nawet gdyby na listę lektur wciągnięto najpiękniejsze i najciekawsze książki, zawsze znajda się kontestatorzy twierdzący, że muszą czytać gówno, że kanon lektur trzeba zmienić, itd. I co na to poradzić?
A i jeszcze jedno. Do zrozumienia lektury wcale nie jest potrzebny klucz. Do tylko bzdurne gadanie nauczycieli od polskiego, którzy chcą sobie dodać w oczach uczniów. Czasem wystarczy po lekturę sięgnąć kilka lat później, czasem wystarczy poznać czasy o których mowa w książce, a czasem trzeba poczytać o autorze. A to wcale nie jest klucz. A jeśli nauczyciele polskiego się upierają, że jednak to zgodnie z sugestią Moniki należy im ten klucz zaaplikować analnie.

5 komentarzy:

  1. Nie da się dostroić kanonu do gustu wszystkich, oczywista sprawa, ale na lekcjach mnie skręcało, kiedy świetną ksiązkę sorka kastrowała z całej zajebistości poprzez dyktowanie jednej durnej notatki.
    Jak zachwyca jak mnie nie zachwyca?
    I wcale się nie czuje lepszy ani gorszy intelektualnie jeśli przebrnąłem, albo nie, przez "Chłopów" czy "Zbrodnie Ikara"... Wcale sie młodzieży nie dziwie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że wspomniane przez mojego Przedmówcę "Zbrodnie Ikara" to żart ,inaczej zacznę wierzyć,że jednak "zajebistość" to mizerne kryterium na określenie jakiejkolwiek książki...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak znam Rafała to na pewno żart. A frustracja nie dziwi, gdy ktoś dyktuje co ma się w danej książce podobać, a co nie. Ale potem zaczyna śmieszyć, gdy na studiach podczas przygotowań do egzaminu z historii literatury wpadnie w oko to co znalazło się w podyktowanej notatce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodziło mi tylko o to, że wcale się nie rumienię przyznając, że nie czytałem całej Lalki, podobnie jak maturzysta wczesniej przez Ciebie przywołany. Lata edukacji miały spory wpływ na moja osobowość i minie sporo czasu zanim pokonam wstręt do klasyki.

      Swoją drogą skoro minister edukacji narodowej miał śmiałość wywalać Gombrowicza z listy lektur, przynając jednocześnie, że go nie czytał, to czemu ja się mam czerwienić?
      A pamiętasz co się wtedy działo z książkami Gombrowicza w bibliotekach? Nieoczekiwany renesans twórczości dosłownie.

      A może to jest jakis pomysł? Tak jak kościołowi przydałoby się trochę prześladowań, tak i książkom nie zaszkodzi trochę cenzury? Zdelegalizowany Sienkiewicz na pewno innaczej by smakował ściągany ukradkiem z torrentów, niż obowiązkowa lektura z durną notatką wybazgraną na lekcji.

      Usuń
  4. No ja nie byłem w stanie znieść losów Bogumiła i Barbary. Ale w tym co piszesz jest sporo racji. I pewnie niebawem Ministerstwo Edukacji porwane polityczną poprawnością będzie wyrzucać z listy lektur wszystko, gdzie tylko znalazło się coś o tym jak nasi przodkowie prali Niemców, Szwedów czy innych naszych "braci" w europejskości.

    OdpowiedzUsuń