Do Kuby Strzyczkowskiego z radiowej trójki zadzwonił pewien student Uniwersytetu Medycznego. Słowem przyszły lekarz. Biadał, że wykładowcy nie uczą ich jak rozmawiać z pacjentem. Ów student wysnuł wniosek, że gdyby odbywały się specjalne zajęcia, obsługa pacjentów znacznie polepszyłaby się, a i biurokratyczne obowiązki mogłyby lekarzom łatwiej przychodzić. Podrapałem się po brodzie, poszarpałem wąsy, bo co u welesa, ma piernik do wiatraka?
I wtedy przyszło olśnienie. Rodzice przyszłych lekarzy wszyscy bez wyjątku mieszkający w kwaterunkowych mieszkaniach na odpowiednikach lubelskich ulic Lubartowskiej i Kunickiego, nie nauczyli swoich dzieci jak rozmawiać z maluczkimi. I po ukończeniu studiów i zrobieniu specjalizacji nie wiedzą biedaczki, że pacjentowi trzeba wytłumaczyć na co choruje. Poza tym trzeba czytelnie napisać jak stosować leki i równie czytelnie wypisać receptę. Nie wiedzą biedaki, że nie wszyscy chorzy i aptekarze przeszli na studiach kurs paleografii, po którym bez problemu odczytują kursywę papieską z XII w.
Słowem trzeba na studiach medycznych zorganizować zajęcia z czytelnego pisania i zrozumiałego mówienia! Nie ma na co czekać! Bez tego służba zdrowia upadnie, bo wszyscy chorzy wymrą i nie będzie kogo leczyć!
Ale student o czymś zapomniał. Nie wspomniał o zajęciach uczących jak w elegancki sposób wymuszać łapówki. Bo to co się dzisiaj dzieje to granda! Jak nieszczęsny pacjent, albo członek jego rodziny ma odgadnąć co się kryje za odmiennymi sygnałami wysyłanymi przez lekarzy trzymających w garści zdrowie i życie? Trzeba edukować, edukować i jeszcze raz edukować!
0 komentarze:
Prześlij komentarz