Wpadł mi niedawno w ręce "Świat według Clarksona" cz. 3. Wahałem się, czy warto na to tracić czas, ale koniec końców wgłębiłem się w zawartość książki. Przypuszczam, że nie ruszyłbym jej nawet palcem, bo w końcu facet zajmuje się motoryzacją, ale zdarzyło mi się obejrzeć kilkanaście serii Top Gear. Kapitan Snuj, kurdzibąk Hammond i sam Jeremy tworzą jednak bardzo dobrą robotę, więc nie miałem wyjścia i zagłębiłem się w lekturze.
Książka jest zbiorem felietonów Clarksona z 2006 roku. Maniacy samochodów mogą być rozczarowani. Na pierwszych czterdziestu stronach nie ma słowa o pędzących maszynach. W zamian Jeremi zaskakuje swą erudycją i błyskotliwym poczuciem humoru w tekstach o koniach, imprezach, swojej rodzinie i książkach.
Właśnie tekst o książkach wybudził mnie z pozostałości wczorajszej depresji. Otóż Clarkson uważa że Szekspir wpędza brytyjskie dzieci w debilizm. "Jak to?" - wrzasnąłem. "A tak to!" - odrzekł Jeremy. "Jak ośle nie rozumiesz, to Ci wytłumaczę!" Według Clarksona brytyjskie dzieci czytają całkiem sporo właśnie do momentu, gdy na liście lektur obowiązkowych pojawia się pierwsze dzieło wielkiego dramaturga. Wtedy w dzieciaki trafia grom i nic nie są w stanie zrozumieć. A im bardziej nauczyciele się starają wytłumaczyć, tym bardziej niezrozumiały staje się omawiany dramat. W końcu dzieciaki nabierają takiego wstrętu do czytania, że nie mają wyjścia i stają się debilami.
Muszę przyznać, że nigdy nie patrzyłem na problem czytania w ten sposób. Clarkson otworzył mi oczy. Gdy przypomniałem sobie swoją walkę z "Dziadami" cz. 3 doszedłem do wniosku, że felietonista może mieć rację. Przynajmniej w części. Bowiem konieczność przeczytania "Tytusa Andronikusa" nie odrzuci od książek jedynie największych ich miłośników. Reszta rzeczywiście może dostać wstrętu do czytania.
Clarkson znajduje receptę na i na taki stan rzeczy. Wystarczy bowiem, żeby dzieciaki czytały to co sobie wybiorą, czyli takiego np. Harry'ego Pottera. W warunkach brytyjskich mogłoby się to udać, ale w Polsce cała sprawa byłaby o wiele trudniejsza do przeprowadzenia. Bo i sytuacja materialna rodziców jakby odrobinę gorsza i biblioteki robią bokami, więc nie byłyby w stanie nabyć co roku nowych, modnych tytułów w kilkunastu egzemplarzach.
Nie wywnioskował Jeremy, że taka sytuacja jest na rękę władzom. Pod pozorem dbałości o dziedzictwo kultury brytyjskiej, władze zacierają ręce. Bezrefleksyjnymi konsumpcjonistami łatwiej przecież rządzić.

No przeciez o tym pisałem!
OdpowiedzUsuńNic tak nie zniecęca do czytania, jak przymus.
No fakt pisałeś. Miłośnika jednak nawet przymus nie zniechęci.
OdpowiedzUsuń