Skończyło się. Podobnie jak EURO 2012 i tysiące innych imprez sportowych. Swego czasu ukuto żądanie "Panem et Circenses" i o dziwo cesarze rzymscy spełniali je bez szemrania. Każdego dnia z areny rzucano w trybuny chleb, po czym cesarz rozpoczynał codzienne zmagania. A że oprócz potu w arenę wsiąkała również krew? Takie czasy. Jeśli nigdy nie widzieliście mechanizmu starożytnych igrzysk zachęcam do obejrzenia świetnego "Gladiatora" i fantastycznego Commodusa. Ale możecie powiedzieć" "Co ma piernik do wiatraka? Przecież skończyła się olimpiada, która wywodzi swe początki z Grecji, a nie Rzymu!"
Odpowiem, że macie rację, ale tylko częściowo. Na początek podstawowa różnica. Otóż w Rzymie to widz, oprócz władcy, był głównym beneficjentem widowiska. W końcu oprócz widowiska, jeśli był odpowiednio szybki i silny, otrzymywał również chleb. A dzisiaj widz/kibic musi wydać furę pieniędzy jeśli chce na żywo obejrzeć choćby pana Bolta, który może się już chyba ścigać ze strusiami. Ale podstawowa funkcja igrzysk pozostała ta sama. Przyciąganie uwagi.
Cztery lata temu, z racji dziwnych pór transmisji, Polacy w większości odpuścili sobie obserwację zawodów. Ale w tym roku Londyn został potraktowany z należytą uwagą. Oczekiwania zostały odpowiednio rozbudzone. Polskie gazety, tygodniki, radio i telewizja odpowiednio wcześnie zaczęły przygotowywać grunt. A to artykuł o tym jak dużo kasy władowano w wybrańców specjalnego rządowego programu, a to inny o tych, którzy muszą zaciągać zobowiązania finansowe aby nie zostali w tyle. Albo wywiady udzielane przez faworytów (choćby Dołęga), czy upubliczniane oczekiwania leśnych dziadków z pośladkami przyklejonymi do foteli w związkach, ministerstwie, mediach (możemy zdobyć tyle i tyle medali). Słowem atmosfera została odpowiednio podgrzana!
Potem wrzaski radości i rozczarowania. Słowa krytyki i oskarżenia kierowane w stronę sportowców. Bo po co pojechali skoro nie walczyli, nie byli w pełni sił, nie mieli szans, itd. Otóż pojechali dla "chleba i igrzysk". Ci, którzy zdawali sobie sprawę z niewielkich szans pojechali dla "zdobywania doświadczeń" i "zaznania atmosfery". Faworyci chcieli zdobyć medal, oprócz zaspokojenia ambicji, bo to gwarantuje emeryturę sportową. I nie można się temu dziwić. Przykład to Marcin Dołęga. Liczba jego kontuzji jest przerażająca. I mimo tego, że liczba zdobytych medali na imprezach międzynarodowych jest jeszcze większa, to nie gwarantują mu one spokojnej starości. W podnoszeniu ciężarów nie ma diamentowej ligi, nie ma niebotycznych kontraktów. Podobnie w wioślarstwie. Pamiętacie ile wysiłku w walkę o metal włożyła nasza dwójka kobieca? A co zrobił dziennikarz? Dziewczyna mdlała a ten pieprzył o horrorze jaki przeżywali kibice. Akurat to interesowało wtedy dziewczyny baaardzo mało. Medal na Olimpiadzie to emerytura. To jeden z najważniejszych celów polskiego wioślarza, sztangisty, zapaśnika, strzelca z pistoletu czy przedstawicieli innych niemedialnych dyscyplin. A to taki szalejący z mikrofonem dziennikarzyna ma głęboko w dupie.
Ps. Rzecz jasna również wioślarek, sztangistek, strzelczyń itd.
0 komentarze:
Prześlij komentarz