Pewnego dnia przylecieli na Ziemię kosmici. Nie było jeszcze na niej wówczas życia. Znudzeni postali chwilę na kamieniach gdy zawiał wiatr i jednemu z nich zawierciło w nosie. Kichnął, po czym smarknął, wtarł wydzielinę w podłoże i odlecieli. Niedługo później Ziemia przestała być jałową, kamienistą planetą. Ta wielce skrócona historia, którą o ile się nie mylę napisał Kurt Vonnegut, stanęła mi w pamięci, gdy przed okularami 3D rozpoczęła się projekcja nowego filmu Ridleya Scotta "Prometeusz". Okulary i bilet dostałem od pracowników rzeszowskiego kina "Helios" gdy wyłożyłem na kasę całe 15 zł.
Od początku zatem. Prometeusz to według greckich mitów nieśmiertelny Tytan, który stworzył ludzi z gliny i łez po czym podarował ludziom ogień i rozpętał wojnę swojego gatunku z bogami olimpijskimi. Został przez Zeusa przykuty do skały i codziennie jest pozbawiany wątroby przez pewnego wygłodniałego i wielce namolnego sępa. Co ma zatem wspólnego Prometeusz ze smarkającym kosmitą? Ano wiele. Widzimy na początku filmu wielkiego gościa stojącego nad wodospadem, zaskakująco przypominający dzisiejsze Niagara Falls, który połyka przygotowany uprzednio napój po czym wrzeszcząc strasznie rozpada się i spada w bystrze pod wodospadem. Wielkie zbliżenie pokazuje nam, jak rozpada się jego DNA a do życia budzą się jednokomórkowce, te łączą się i w efekcie powstaje inny łańcuch DNA - ludzki.
Następna scena to wykopaliska na szkockiej wysepce w 2089 r., gdzie zostają odkryte ryty naskalne sprzed 25 tys. lat.
Kolejna scena to to już lot na planetę, na którą wskazują owe ryty. Dzielni archeolodzy przekonali do swojej koncepcji Petera Weylanda, który wyłożył kasę na wyprawę. Po ponad dwuletniej podróży, wybudzony zespół naukowców i załogi zbliża się do owej planety. Archeolodzy wspomożeni przez holoprojekcję fundatora wyjaśniają, że lecą aby spotkać stwórców ludzi zwanych Inżynierami. Jako dowód przedstawiają ryty wykonane przez kultury z całego świata w różnym czasie przedstawiające ten sam układ planet.
Lądują od razu opodal konstruktu obcych. Wspomagani przez androida znającego języki wszystkich rysujących kultur odkrywają skamieniałego Inżyniera i dziwaczne obiekty. I wtedy zaczyna się rock and roll.
Recenzenci zarzucają filmowi wiele. Że nie ma w nim tego co cechowało pierwszego obcego, że się dłuży, że jest zwyczajnie głupi i niedopracowany mimo wpompowania w niego 150 mln dolarów. W tej pisaninie można znaleźć bez wątpienia więcej luk niż w filmie. W końcu do cholery my widzieliśmy te wszystkie filmy o Obcych, nawet te o Predatorach i Obcych, a Elizabeth Shaw i inni bohaterowie filmu nie. Możemy się wymądrzać ile wlezie.
Ale gdy już wychodzi na jaw do czego miały służyć początkowo zagadkowe pojemniki, Elizabeth zadaje pytanie dlaczego? Jaka jest przyczyna, że najpierw coś tworzymy a potem chcemy to zniszczyć?
I tu drodzy recenzenci warto wrócić do mitu o Prometeuszu, do konfliktu między Bogiem a Lucyferem, między Tiamat a Gilgameszem... A dopiero potem rzucać się z pazurami, bo wygląda na to, że nie odrobiliście lekcji.

Gwoli wstępu - zagorzałym fanem cyklu o Obcym nie jestem, choć film w swoim gatunku, zwłaszcza pierwsza część, to absolutnie zasłużona legenda. Ale.. Prometeusz mnie rozczarował. Fabuła tak poszatkowana, że zwyczajnie psuje nastrój, umiejętnie budowany zwłaszcza przez pierwsze 15 - 20 minut filmu (w ogóle uważam ,że wątek otwierający, kiedy obserwujemy Davida, jest wspaniały), a niektóre sytuacje, jak np. staranowanie przez bohaterów z piątego planu statku gigantów (z obowiązkowym patosem), czy zmiażdżenie przez "rogala" bohaterki granej przez Theron wołają wręcz o pomstę do nieba. Dość powiedzieć ,że w tych momentach wiele osób,w tym ja, odczuwało zgoła inne emocje niż te, które były zamierzone. Nic tak nie zabija filmu, który jest kręcony w konwencji serio, jak salwy śmiechu. A sceny rozwałki, którą wywołał niby-zombie? Toż to było jakby z zupełnie innego filmu..
OdpowiedzUsuńJedno, co nie dawało mi spokoju, to taka zagadka: statki-rogale są wypełnione po brzegi bronią "biologiczną", zdolną wybić życie na całej planecie. Wiemy o tym i my, widzowie, i sama bohaterka (więc cały arsenał doświadczenia z filmów o obcym odpada naturalnie), dlaczego więc chce lecieć do matecznika Gigantów latającą bombą w celach pokojowych? To tak, jakby na ziemię przybyli kosmici na pokładzie "Enola Gay" i dziwili się, że witają ich strzały;-)
Nie rzucam się z pazurami - film ma wspaniałą warstwę wizualną, część aktorów dobrze wywiązała się z zadania, ale fabuła kuleje... Atmosfera przed premierą została zbyt podgrzana, by nie zauważać tych niedomagań, zresztą sama klasa Scotta zobowiązuje, według mnie film to stracił szansę, niestety. Na szczęście ilu kinomanów, tyle opinii:-)
Ano mógłbym się zgodzić z pewnymi zarzutami, jak choćby ten podskakujący i zabijający nibyzombie, ale chyba trzeba poczekać. Do kontynuacji, bo ponoć ma zostać nakręcona. Może wtedy zostanie rozwiązana zagadka dlaczego film wygląda jak poszatkowany. A co do statku Inżynierów, to również jeszcze nie wiemy czy jest on zapakowany pojemnikami, jak zniszczony przez "pełną patosu" trójkę astronautów. Z drugiej strony nie pamiętam aby Japończycy mocno starali się zniszczyć "Enolę Gay", bo wiedzieli, że niesie im zagładę, mylę się? A co do reakcji widzów na śmierć tej wychuchanej pannicy, dziedziczki Weylanda - człowiek nie kieruje się logiką, gdy pojawia się panika. Widzowie myśleli "O jaka głupia, nie mogła w bok uciekać?" i rechotali siedząc na zadkach w okularach 3D. Będzie na razie :)
OdpowiedzUsuńUps - chyba się nie zrozumieliśmy... śpieszę z wyjaśnieniami. Pełna patosu jest scena, a nie trójka astronautów, bo oni są zwyczajnie postaciami tak banalnie jednowymiarowymi, że aż strach. Co do E.G. nie mylisz się wcale, Japończycy oczywiście nie witali ich strzałami, ale to sformułowanie miało posłużyć jako prosta metafora, bo: 1. Amerykanie konstruują bombowiec, na jego pokładzie umieszczają śmiercionośną broń, która dokonuje gigantycznych zniszczeń (mamy już statek z bronią jakiejś nacji) 2. wiemy, jakim zagrożeniem jest to, co transportowało E.G, to chyba jasne 3. widzimy na horyzoncie (po wielu latach) bombowiec jak E.G., dodatkowo pilotowany przez nie wiadomo kogo, wiec raczej nie czekamy, aż doleci i zrobi kolejnego grzybka, tylko strzelamy, czym się da. To - może z braku miejsca do lepszego rozwinięcia - prosta paralela.
OdpowiedzUsuńNie zgodzę się też z tym, że dziedziczka Weylanda była "wychuchaną pannicą" - rywalizowała o akceptację przez własnego ojca z Davidem (a weź tu wygraj, człowieku, z androidem), trzymała w garści całą ekipę, zresztą scena z kapitanem statku też dużo mówi o jej charakterze. Można jej wiele zarzucić, ale raczej nie wychuchanie - no dobrze, może wizualne:)
Zabawne jest to, że mimo tych obiekcji będę czekał na dwójkę z nadzieją.
Przy okazji małe pytanko - jakie wrażenia po ostatnim Batmanie?
Pozdrawiam:)
A Batmana jeszcze nie widziałem, ale sądząc po tym co piszą w recenzjach znowu będzie się o co spierać. Może dziś albo jutro wybiorę się. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńA ta panienka nie dość, że wychuchana to i durna. Rywalizacja z robotem to jak rywalizacja z kosiarką do trawy, gdy masz do dyspozycji jedynie zęby :)
OdpowiedzUsuń