Któregoś pięknego dnia moje serce nie wytrzyma i umrę ze zdziwienia. Teoretycznie nie powinno się to zdarzyć, bo już mniej mi lat do do śmierci zostało niż tych przeżytych, ale... Przez kilka lat studiów bibliotekoznawczych, dowiedziałem się, z ust szacownej kadry, że biblioteka publiczna ma służyć czytelnikowi. Różnie z tym bywało, bo nieraz trzeba było grzecznie poczekać, aż pani bibliotekarka połknie ciastko zanim zabierze głos, nieraz musiałem udawać, że nie przeszkadza mi rozmowa o czyszczeniu pomnika przed świętem zmarłych i wyklinanie leni z rodziny. Ale pierwszy raz wyszedłem z biblioteki po trzech sekundach od wejścia.
A było tak. Kilka dni temu zaszedłem do ładnego kościółka w Rzeszowie Zalesiu. O dziwo nie spopieliło mnie przy wejściu, więc zwiedziłem go sobie spokojnie. Gdy wyszedłem moje oko odczytało napis na tabliczce: "Biblioteka Publiczna". Drogę do tej biblioteki wskazywały strzałki. Jako, że dzisiaj miałem chwilkę czasu postanowiłem tam zajrzeć. Biblioteka znajduje się w Domu Asystenta Uniwersytetu Rzeszowskiego, którego władze uczelni nie zamknęły, jak uczynił to, zresztą bardzo głupio, rektor UMCS. Otwieram drzwi i widzę, jak okno na ekranie monitora znika, a odrobinę zaczerwieniona bibliotekarka dyszy:
- Słucham?
- Dzień dobry, chciałem skorzystać z czytelni - odpieram.
- Ale my mamy tylko Nowiny - to bibliotekarka.
- Skoro tylko Nowiny to dziękuję. Do widzenia! - znowu ja.
Wyszedłem. Chciałem wprawdzie odpalić laptopka, skorzystać z księgozbioru, ale skoro mają tylko Nowiny, mimo półek zapełnionych książkami, to co miałem zrobić? Widać bibliotekarka nie miała ochoty na wizyty czytelników. Wróciłem do miejsca zakwaterowania.
I co Wy na to? Filia nr 18 na ul. Ćwiklińskiej. Opłacane z budżetu miasta i bibliotekarka i wynajmowane pomieszczenia. Puste. Bez czytelników! Z opryskliwą obsługą! To zadziwienie mnie kiedyś wykończy.
Oj niedobrze gdy czyta się takie rzeczy o bibliotekach. Serce się kraje...
OdpowiedzUsuńOj i niedobrze pisać. Ale trzeba. Bo bibliotekarze różni są :)
OdpowiedzUsuń