Niepoprawnie politycznie, to co w duszy gra. Piszę po polsku.

niedziela, 5 sierpnia 2012

War of the Arrows (2011 r.)

sierpnia 05, 2012 Posted by Onufry Okowita , , , No comments

To co najmniej zastanawiające. Od przemian ustrojowych wyprodukowano w Polsce właściwie jedną (w porywach do trzech)* w miarę udaną produkcję historyczną. I żeby było zabawniej lepiej ogląda się jej wersję w odcinkach. Chodzi oczywiście o "Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza o tym samym tytule. Wprawdzie trochę odbiega od treści powieści i gdzieniegdzie widać brak pieniędzy, ale reżyser i aktorzy postarali się i warto im za to pięknie podziękować.
Wprawdzie niebawem ma wejść na ekrany film o odsieczy wiedeńskiej, ale nie zmienia to faktu, że z widowiskowym kinem historycznym u nas kiepskawo. Nie wspominam o niedawnej "Bitwie warszawskiej" bo nie warto strzępić klawiatury.
Zupełnie inaczej ma się rzecz w Korei Południowej. Tamtejsi ludzie biznesu nie oszczędzają zanadto w związku z czym koreańska kinematografia może się pochwalić całkiem sporą liczbą widowiskowych i sensownych produkcji. O wojnie domowej toczącej się na początku lat pięćdziesiątych opowiadają choćby rozliczeniowe "Braterstwo broni - Taegeukgi Hwinallimyeo" z 2004 r i ubiegłoroczny "The Front Line". Natomiast produkcji osadzonych w czasach miecza i strzały, czyli wtedy gdy Korea usiłowała obronić niezależność przed zaborczymi sąsiadami, jest chyba jeszcze więcej.


I właśnie niedawno natknąłem się na jeden z nich. "War of the Arrows" w reżyserii Han-min Kima opowiada o najeździe Mandżurów na królestwo Joseon (ówczesna nazwa Korei). Podczas ataku armii cesarskiego syna Mandżurskie wojska uprowadzają większość mieszkańców z nadgranicznego miasta. Do niewoli trafia również Ja-In siostra głównego bohatera Nam-Yi, który ciekawym zbiegiem okoliczności jest wyśmienitym łucznikiem. Jak łatwo się domyśleć zamierza odbić swą siostrę z rąk bezwzględnych najeźdźców. Na drodze staje mu drużyna twardej gwardii książęcej, która jest równie dobrze, co nasz bohater, obeznana z łukiem. Trup ściele się gęsto, ale co jest bardzo dużym plusem, nie słychać ani jednego wystrzału z broni palnej, a co najwyżej świst ocierającej się o ucho strzały. Podczas oglądania licznych pogoni przez lasy stawały mi przed oczami sceny z "Ostatniego Mohikanina", gdy Sokole Oko wraz towarzyszami podążali tropem uprowadzonych córek pułkownika Monrowa.
Słowem kawał dobrego historycznego kina, którym nie będą zawiedzeni ani miłośnicy filmów z dalekiego wschodu, ani miłośnicy historii.

0 komentarze:

Prześlij komentarz