Oglądaliście "Prostą historię"? Ja również miałem przyjemność ją obejrzeć bodaj w Łukowie z kilkoma starymi przyjaciółmi. Wcześniej znałem jedynie muzykę z filmu, która jest przynajmniej tak dobra jak on sam. "Prosta historia", "Gran Torino" i "The Worlds Fastest Indian" to znakomite opowieści o starych mężczyznach. Mimo, że są w gruncie rzeczy inne to łączy je, oprócz jeżdżących maszyn, jedno. Niebagatelna postać głównego bohatera.
Żaden z nich nie chce się bowiem zestarzeć w spokoju. W każdym siedzi jakaś sprężyna, która wbija im się w zadki i każe działać. I budzą podziw. Mój całkiem prywatny i osobisty, a przypuszczam, że również Wasz. Bez wątpienia filmy nie oddziaływałyby tak bardzo, gdyby nie aktorzy. Richard Farnsworth, Clint Eastwood i Anthony Hopkins stworzyli wielkie kreacje. Chyba nie mógłbym sobie wyobrazić innych, jak choćby Woody Allena, wcielających się w postaci starych mężczyzn robiących to co do nich należy. Nie siedzieć na dupie i oglądać telewizję, jak miliony kończących żywot, ale wycisnąć życie do ostatka. I nie w durny sposób, który niektórym może przyjść do głowy, czyli nałykać się viagry i zejść na pięknej i młodej panience do towarzystwa, tylko tak jak należy.
Pewnie to przez Burta Munro, w którego wcielił się Hopkins, ale naszło mnie, że jeszcze ze dwadzieścia lat i starość zapuka do mojego ogródka. Gdy dożyję oczywiście :) Boję się, że skończę tak jak ci, z których się nabijam. Będę wgapiał się w durnowaty program wraz z milionami innych odmóżdżonych i słał smsy na równie durnowatego faworyta. A tfu co za horror!
Ostatnio - wraz z moją lepszą połówką - usiłowaliśmy obejrzeć kilka filmów W. Allena. Główną motywacją były zachwyty znajomych ("no jak to, Allena nie znasz? geniusz, mistrz humoru" itp, itd) i tak zwane spusty na Filmwebie (niech ktoś spojrzy na te oceny!). I co? "Jej wysokość Afrodytę" od połowy oglądałem sam (średni, ale kilka scen z "pożycia" małżeńskiego kapitalnych), "Klątwę skorpiona" sami przeklęliśmy po 20 minutach, "Vicki Cristina..." poległa jeszcze szybciej.... choć muszę przyznać, że np. taki "Match point" był świetny (choć też niewiele było tu tego specyficznego poczucia humoru, w ogóle jakieś małe piętno W.A. nosił ten film). Trudno mi zrozumieć fenomen tego reżysera, a już jako aktor drażni (chyba nie tylko mnie) nieprzeciętnie, ten wymoczkowaty styl pod płaszczykiem intelektu (a dla fanów intelekt pod płaszczykiem wymoczkowatości) wydaje mi się trudny do przełknięcia.
OdpowiedzUsuńJeszcze słówko związane z C. Eastwoodem - jestem jego zwolennikiem od czasów "Bez przebaczenia", ale ostatnio Clint też ma chyba lekki spadek formy (po "Rzece tajemnic" i "Za wszelką cenę" film jak "Gran Torino" jest jakiś płaski, zbyt moralizatorski, a wątek odkupienia i ofiary irytuje łopatologią). Film nie jest zły, być może miałem zbyt duże wymagania, ale szkoda potencjału Clinta jako reżysera i aktora (ostatnio wróciłem do "Birda", gdzie E. sam nie gra, ale reżyseruje kapitalnie - ach, ten klimat i muzyka... choć po powtórnym seansie partnerka Charliego wydaje się zbyt ekstrawagancka).
"Prosta historia" - wspaniała, dzięki za przypomnienie tego tytułu.
No cóż mi akurat "Klątwa skorpion" podpasowała. Ale "Vicky..." mnie pokonała. Nie pomógł gładki pyszczek Johanson ani jej nieziemskie atrybuty :)
OdpowiedzUsuń