Niel Postman w „W stronę XVIII stulecia” napisał: W kwietniu 1735 roku John Peter Zenger, wydawca „New York Weekly Journal” stanął przed sądem, ponieważ napisał, że swobody i własność ludu Nowego Jorku były zagrożone. Zarzucano mu, że powiedział: „uczynki mężów są niweczone, sędziowie stronniczo usuwani ze stanowisk, nowe sądy powstają bez legislatywy”. W czasach, gdy toczył się proces, prawo nie czyniło różnicy, w sprawach o „oszczerstwo”, między zarzutami prawdziwymi i fałszywymi. Przewodniczący składu sędziowskiego stwierdził, że „oskarżony nie może [...] w swoich zeznaniach dowodzić prawdziwości oszczerstwa. Oszczerstwa nie można usprawiedliwić, nawet jeśli jest to oszczerstwo zgodne z prawdą”.
O powrocie takiego prawa snują marzenia politycy sprawujący choćby niewielką władzę. Wtedy dziennikarz nie mógłby nic. Czwarta władza zniknęłaby na amen. Mieliśmy tego przykład całkiem niedawno. Dziennikarze z „Gazety Polskiej Codziennie” zadzwonili do sędziego Ryszarda Milewskiego. Milewski w rozmowie miał mówić, że może ustalić termin posiedzenia sądu ws. zażalenia na aresztowanie byłego szefa Amber Gold. zgodnie z życzeniem Kancelarii Premiera. Miał też umówić się na spotkanie z premierem: wstępnie wyznaczono datę na 13 września. Sprawa nabrała tempa. Milewski ma wylecieć dyscyplinarnie.
A nasz szanowny premier marudzi o przyzwoitości. Szczególnie wtedy, gdy wychodzące z worka szydło dziabnie szefostwo PO, albo ich sługusów w zadki. Bez prowokacji nie poznalibyśmy jak bardzo spolegliwa wobec rządzących jest niby suwerenna władza sądownicza.
0 komentarze:
Prześlij komentarz