Lata trzydzieste XX wieku to okres szybkiej radiofonizacji. Obecność odbiornika radiowego w domu spowodowała pojawienie się nawyku spędzania przy nim określonych pór dnia, podczas których stacje radiowe nadawały ustaloną ramówkę. Jedna z amerykańskich stacji radiowych CBS każdej niedzieli nadawała jedną z audycji, które od przerywania ich reklamami środków czystości nazwane zostały operami mydlanymi. 30 października 1938 roku w taką audycję wkradł się dysonans. Audycja została przerwana doniesieniem o trzech wybuchach na Marsie, po których od planety oderwał się rozpalony obiekt i spadł na jedną z farm w stanie New Jersey. Z relacji z miejsca wypadku radiosłuchacze dowiedzieli się o przerażających istotach, które wydostały się z obiektu i poczęły palić wszystko na swojej drodze, po czym nagle relacja została przerwana. Z innych miejscowości napływały doniesienia o kolejnych ofiarach i zniszczeniach. Powołano milicję stanową, która w pierwszej bitwie z kosmitami poniosła klęskę – z 7000 żołnierzy przeżyło zaledwie 120. Następnie nadano informację, iż z nieba spadły kolejne rozpalone obiekty, na ulicach Nowego Jorku pojawiły się wysokie jak drapacze chmur metalowe potwory, z których zaczął wydobywać się dym powodujący śmierć tysięcy mieszkańców. W końcu w odbiornikach zapadła cisza, a na ulicach amerykańskich miast wybuchła panika.
Radiowy eksperyment przyniósł efekty znacznie przekraczające oczekiwania. Wykreowana rzeczywistość stała się w umysłach radiosłuchaczy jak najbardziej realna powodując wybuch masowej histerii. Bez wątpienia dało to do myślenia zarówno dziennikarzom, a także, czy raczej może przede wszystkim politykom. Bo niemal na ich oczach sprawdziły się słowa mistrza łgarstwa dra Josepha Goebbelsa, które potwierdził kilka lat wcześniej zdobywca Nagrody Pulitzera Walter Duranty zatrudniony przez „New York Times” jako jego europejski korespondent. Nagrodę zdobył za „obiektywne reportaże ze Związku Radzieckiego”, w których między innymi określił jako zupełną bzdurę i antykomunistyczną propagandę głodową śmierć kilku milionów Ukraińców.
Dlatego nie zdziwiłem się specjalnie, że Amerykanie kolejny już raz ulegli siłom „poprawności politycznej” i wybrali murzyńskiego socjalistę na najwyższe stanowisko w państwie. O ile poprzednie wybory to było właściwie strzelanie do jednej bramki, bo delikatnie mówiąc i republikański kandydat na prezydenta, jak i kandydatka na wiceprezydenta byli niespecjalnie przygotowani intelektualnie do prowadzenia merytorycznej dyskusji. Do wczorajszego wieczoru liczyłem, że Amerykanie, ponoć najbardziej przedsiębiorczy naród na świecie, się ockną i pogonią lewaka na cztery wiatry, ale tak się nie stało. Zatem nie może dziwić, że Polacy zaczadzeni swoim pańszczyźnianym dziedzictwem łykają jak ciepłe kluski populistyczne obiecanki cacanki. Czytaliście ostatni wpis? Takiego kraju nie ma i nie będzie! Dlaczego? O tym niebawem.
0 komentarze:
Prześlij komentarz