Ale zleciało! 299 wpisów jak z bicza trzasło. A dzisiaj trzy setny. Warto by pokusić się o jakieś podsumowania. Ale zostawię je może na sam koniec, a teraz ponudzę moich incydentalnych czytelników rozważaniami dotyczącymi tytułu.
Niegdyś mój bliski druh Robert z Opola Lubelskiego zapytał o to, czy jestem nonkonformistą. Zadumałem się na chwilę i odrzekłem, że raczej tak. Rozmowa miała miejsce w roku 2000 na wiosnę, nad kawą w barku DS „Femina” i od tamtej pory próbuję być wierny swojej deklaracji. Wiele razy przeklinałem siebie za przyjętą postawę i przysłowiowe „stawanie okoniem”, czy nie zważanie na konwenanse i mówienie tego co mi siedziało w głowie. Odejście od religii było jednym z objawów bycia nonkonformistą, jako że odbyło się w momencie kiedy kościół wydawał się najsilniejszy, zaś krytyka purpuratów, czerńców i ich przydupasów była istotną częścią moich przemyśleń. Rzecz jasna przez ponad dwadzieścia lat utożsamiałem masy polskie z katolikami w czym utwierdzały mnie ówczesne lektury. Antyklerykał siłą rzeczy szuka potwierdzenia swoich poglądów w pismach Urbana i Kotlińskiego, poprawia „Polityką” i innymi tygodnikami. Zaczytuje się również Dawkinsem, czy naszym Nowickim. Tropi zbrodnie Kościoła zapamiętale i wyciąga na wierzch wszelkie oszustwa, draństwa i przewiny plebanów po czym opisuje je choćby na blogu. Znajdziecie zresztą sporo wpisów poświęconych bydlęcemu postępowaniu wyświęconych również na Osiołkowie. Bowiem oprócz nonkonformizmu, wyznaję również idealizm. Jeśli postanowiłeś być księdzem, postępuj zgodnie z regułą. Nie zasłaniaj się ludzkimi słabostkami do kobiet, „mężczyzn”, dzieci, hazardu, alkoholu, pieniędzy, itp. Gdy postępujesz inaczej, nie dziw się jeśli twoje postępowanie zostanie opisane i osądzone. Sutanna nie czyni cię bezkarnym.
Idealizm nie przesłaniał mi jednak rzeczywistego świata. Zamiłowanie do historii i zaciekłe przedzieranie się przez ułudę przedstawianą w mediach przez dziennikarzy będących na każde skinienie rządzących, doprowadziło mnie w końcu do wniosku, że zbrodnie czerni, choć poważne, są w porównaniu z postępowaniem polityków, dziecięcymi igraszkami. Mogę na kler psioczyć, mogę go wyklinać, ale nie zaprzeczę, że mają w swoim gronie znaczną grupę bystrych obserwatorów rzeczywistości. Doskonale wiedzieli, że w przypadku, gdy z Polski wycofają się Sowieci, nie będą mieli wiele czasu na ugranie tego co możliwe od państwa. A w jaki sposób „odzyskiwali” stracone mienie i ile z tego mieli odsypu lokalni watażkowie na szczeblu miasta, gminy, powiatu czy województwa to już zupełnie inna historia. Tu jedna uwaga. Zastanawiało mnie zawsze dlaczego „bojownicy o prawdę” z „NIE”, bądź z „Faktów i Mitów” nie próbowali dociec w jaki sposób plebani czy purpuraci odwdzięczali się za grunty lub budynki „odzyskane” za symboliczne kwoty. Tak więc Matka Kościół wyszarpał co mógł i próbuje ugrać jeszcze maturę z religii, bo to może być ostatnia szansa. Oczywiście jeśli Unia Europejska się nie rozpadnie.
Mniej więcej w okresie, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że machinacje polskiego kleru to pikuś w porównaniu z przekrętami ludzi władzy, zacząłem zmieniać nastawienie. Przyszło mi do głowy, że ateiści już wygrali. Akcja billboardowa to potwierdzenie tego stanu rzeczy. Pohukiwanie grupki pisuarów i kleru, brzmiało nie mocno, ale właściwie żałośnie. Wtedy postanowiłem ujawnić swoje nastawienie za co zostałem słownie schłostany. Zastanawiałem się przez chwilę czy ni pojechać do Lublina i odszukać co głośniejszych krzykaczy, ale dałem na wstrzymanie. Ta argumentacja staje się bowiem zabawna, gdy ktoś zda sobie sprawę, że oni jeszcze nie wiedzą, że zajmują miejsca w gronie wygranych.
W związku z tą pyskówką, przypomniałem sobie rozmowę z żoną mojego najlepszego druha. Powiedziałem jej wtedy, że gdy niewierzący zaczną wygrywać, wyjdę z ich grona, bo taką mam naturę. Muszę iść pod prąd!
Wracając do odpowiedzi na pytanie czy bezbożnik może mieć zasady, muszę odpowiedzieć twierdząco. Ów bezbożnik to oczywiście autor tej pisaniny. Nie zabijam ludzi (także zarodków), nie kradnę (mam problemy z oddaniem kilku długów, ale o wierzycielach pamiętam i w końcu je zwrócę), cudzołożę bardzo rzadko (nawet swego czasu musiałem uciekać pewnej studentce, która wspólne piwo postanowiła zamienić w coś więcej). Poza tym staram się nie łgać, być uprzejmym (choć bardzo to trudne gdy trzeba przebywać z ludźmi wyciągniętymi ze zdaje się pańszczyźnianej wioski). No i rzecz jasna dotrzymywać obietnic. Czyli postępować według moich zasad, których część dziwnym trafem jest zgodna z dekalogiem.
Na koniec odrobinka podsumowania. Trzysta wpisów i ponad 17 tys. odwiedzin. Z danych dostarczonych przez statystyki google'a wynika, że:
- najwięcej odwiedzających odwiedziło bloga mieszkańców Polski i Stanów Zjednoczonych,
- jeśli chodzi o miasta to najczęściej trafiali do mnie ludzie z Lublina, Warszawy, Jarosławia (tego kolegę świetnie znam), Puław, Krakowa, Wrocławia, Radomia, Zamościa, Poznania i Dublina,
- Najchętniej czytane posty to „Jeż”, „Inteligencja naszych czasów 2” i „A jednak jestem mypingiem”.
Po tym przydługim wpisie otworzę chyba jabłecznik własnej roboty, przez barbarzyńskich Francuzów zwany cydrem, i przy bąbelkach nacieszę się bezruchem! Zdrówka!
0 komentarze:
Prześlij komentarz