Na początek cytat z „Dzienników” Stefana Kisielewskiego z 23 października 1968 roku:
„Tutaj trwa w prasie dosyć autentyczny spór o „prywaciarzy", czyli prywatne rzemiosło i usługi. „Kurier Polski” broni ich ostro przed atakami demagogów wskazując na to, że wielki przemysł maszynowy, okrętowy i inny kooperuje z nimi, oni dostarczają precyzyjnych części, których inaczej nigdzie by się nie dostało. Ale to mucha, atak ma podłoże ideologiczne, co im tam sprawy produkcyjne! Klaudiusz Hrabyk, superidiota, grzmi w „Życiu Warszawy”, że cała Polska pogardza prywaciarzami, którzy zbijają „wór złota”, że nigdy badylarz czy sklepikarz nie mógłby reprezentować „socjalistycznego narodu” i tym podobne brednie. A o prywatnych chłopach (połowa społeczeństwa) łaskawca zapomniał. I o tym, że np. sprzedawca prywatny pracuje dzień i noc, podczas gdy pracownik „uspołeczniony” odpracowawszy swoje siedem godzin, wypina się na wszystko, a poza tym kradnie, ile wlezie. Ale cóż — nalot na „prywatnych” trwa. Tych, co są potrzebni do przemysłu, może nie ruszą, ale np. prywatni lekarze padną chyba ofiarą, tak jak już padli adwokaci. Wolne zawody nie mieszczą się w idei kolektywizmu, a jeśli życie na tym traci — tym gorzej dla życia!”
Ciekawe jest to, że w świadomości większości społeczeństwa do końca lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku w stosunku do prywaciarzy pokutowało przeświadczenie owego superidioty. Jako, że mój ojciec miał od końca lat siedemdziesiątych kwiaciarnię w Świdniku, więc właściwie z pierwszej ręki znam wyjazdy przed świtem na warszawską giełdę po kwiaty i robienie wieńców oraz wiązanek pogrzebowych do późnych godzin nocnych. Również dzieci owych prywaciarzy miały kłopoty, gdy każdego roku szkoła za pośrednictwem wychowawczyni robiła statystki zatrudnienia rodziców. Prywatnego sklepikarza nie było w zestawieniu zawodów.
Od tamtego okresu zmieniło się wiele w świadomości społeczeństwa. Już nie tylko prywaciarze pracują za dwójkę. Również i zatrudnieni w sektorze prywatnym (osobliwie w usługach nie związanych z pracą fizyczną) wracają do swoich mieszkań długo po godzinie oficjalnego zakończenia pracy. Mimo ogromnych zmian w podejściu jednostki do własnej godności, nasyceniu życia ludzkiego elektroniką istnieje ciągle grupa zawodowa, której świadomość zatrzymała się we wspomnianym 1968 roku. To urzędnicy zatrudnieni w instytucjach państwowych. Osobliwie takich zatrudnionych w urzędach skarbowych, ZUS-ie, itp. Dla nich prywaciarz to wciąż wróg, któremu trzeba udowodnić, że jest oszustem i któremu trzeba przywalić po kieszeni. Do takich urzędników nie dociera prosty fakt, że ten wróg – prywaciarz ich utrzymuje. I że, we własnym interesie, powinno zależeć mu aby prywaciarz ciągle swój biznes rozwijał. Czy tak trudno to zrozumieć? Jak można ów beton przebić?
Jest w tym sporo racji, sam poza tzw. etatem (choć pod względem pensji jest to etacik, biorąc zaś pod uwagę średnią krajową jest to ćwierćetat:)) ratuję się ,jak mogę.
OdpowiedzUsuńNajgorzej niestety wypada tu tzw. praca umysłowa - choćbym siedział przed komputerem 12 h i tak zarobię dużo mniej, niż u znajomego budowlańca w ciągu tego samego czasu. Czyste prawa czystego kapitalizmu - pracodawca płaci, ile uważa, a jeśli ci nie pasuje - won.
Sądzę, że ingerencja państwa jest niezbędna - prawa rynku są przychylne, ale dla dużych podmiotów. Poruszane były na blogu tematy m.in. związane ze służbą zdrowia - sam uważam, że mechanizm jest kaleki, jednak jeśli mielibyśmy sami opłacać składki, kogo byłoby stać na zachowanie życia w naprawdę groźnej chorobie? Według wolnorynkowców sam opłacam składki, i jest to ze wszech miar dobre założenie, jeśli zakładasz, że grozi ci co jedynie grypa. Znów mamy czyste prawo czystego kapitalizmu - jeśli nie stać Cię na leki....
Ale chodzi o "betoniarzy" - nie tylko mają obszary lęgowe w urzędach państwowych, sam pracowałem u ponad 10 różnych pracodawców (tylko jeden państwowy) i powiem tak - ilu jest nadętych bubków, wyznających tezę, że to właśnie ONI są solą tej ziemi i utrzymują całe to gów..no. Prosty przykład - Pan S. posiada firmę (2 stałych pracowników, minimalna krajowa + premie "pod stołem"), dodatkowo cyklicznie bierze na staż uczniów (każdy dotowany z UM), prowadzi baaardzo kreatywną księgowość i rok w rok wykazuje straty. Fakturka to jego najlepszy przyjaciel - z lubością zmieni tam każdą kwotę, byleby "podatek był mniejszy". O swoje faktury walczy jak lew, nieraz z pomocą kolegów z siłowni - wystawione dla niego potrafią tygodniami przebywać w stanie "już właśnie poszedł przelew". Zresztą ,co mu zrobią - on i tak nic nie ma , cały majątek jest na córce.
Patologie są obecne w każdej grupie i cynizmem byłoby poszukiwanie jej tylko w jednym obozie (by długo nie szukać - lekarze, prokuratorzy, nauczyciele, handlowcy, ubezpieczyciele, sprzedawcy na targu, sprzątacze itp). Sam od dawna zadaję sobie pytanie, jak (i czy w ogóle) można to zmienić.
Na koniec - wspomniałeś o swoim Ojcu, prowadzącym prywatną działalność - mój jeszcze kilka lat temu prowadził jakoś funkcjonującą firmę transportową. Dziś, na skutek zmian prawnych nakładających na małych przewoźników olbrzymie wymagania (w tym depozyty, karty kierowcy, winiety, podatek drogowy i masę, masę innych) wiedzie mu się mizernie. Tylko że zmiany te, wydane przez nasze Państwo, zostały wylobbowane przez duże, międzynarodowe firmy spedycyjne. Znów prawa kapitalizmu.
Mówiąc wprost - umiarkowany interwencjonizm państwa, chroniący krajowych przedsiębiorców jest według mnie niezbędny. Podatki - też.
Służby, które go egzekwują - też. Służby, które mają dbać o bezpieczeństwo i karać morderców, gwałcicieli czy złodziei - też.
Bez nich (a więc np. bez publicznej oświaty czy służby zdrowia) nie będzie mnie stać m.in. na to, by kiedyś wysłać dziecko do przedszkola - chyba, że przeniosę się (póki jeszcze można) na Zachód.
Z pozdrowieniami,
AA
Dodam tylko, że nie jestem nawiedzonym państwowcem i jak najbardziej popieram odpowiedzialność cywilną i karną urzędników za błędne decyzje, np. sytuacje takie jak ta - http://www.rp.pl/artykul/182403,970646-Idzie-do-wiezienia-za-9-tys--zaleglosci-wobec-ZUS.html - nie powinny mieć miejsca.
OdpowiedzUsuńKiedy słyszę o takich wypadkach, sam pierwszy skułbym kilofem ten beton.... Tylko jak sprawić, by można było takie osoby pociągnąć do odpowiedzialności, oto jest pytanie...
Pozdrawiam,AA
Dawno się już nie zastanawiałem nad tym co poruszyłeś w komentarzu. Postaram się odpowiedzieć na Twoje wątpliwości w dzisiejszym poście.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam