Właśnie skończyłem oglądać dokument o Lou Ferrigno, aktorze i kulturyście, którego boje z Arnoldem wywoływały gorączkę pośród miłośników żelaznego sportu. Przyszło im się potykać dwa razy: w 1974 i 75 roku. Oba pojedynki wygrał Arnold. Drugi z nich został rozsławiony dzięki filmowi „Pumping Iron”, który jest pozycją obowiązkową dla wszystkich pasjonujących się kulturystyką. Dokument o Lou kręcono w 1994 i 95 roku, po jego powrocie do profesjonalnego zajmowania się żelaznym sportem.
Film wywołał mnóstwo wspomnień. I zapomnianych już niemal pragnień. W 1991 chyba roku wpadło mi w ręce „Muscle & Fitness” z bogato ozdobionym zdjęciami artykułem o największym ówcześnie kulturyście (196 cm i 140 kg) i już czterdziestolatku, który postanowił odejść na kilka lat ze świata filmu i stanąć na scenie obok Doriana Yatesa, Kevina Levrone'a i Shawne'a Raya. Powrót nie był szczególnie udany (12 miejsce na Mr Olympia w 1992 i 10 w 1993), ale działał na wyobraźnię dźwigających żelastwo młodzianków. Bardzo działał! Spójrzcie na poniższe zdjęcie, na którym młodociany pismak trzyma ołówek, za którego pomocą stworzył niespecjalnie udany szkic. Niedługo potem młodzieńcze pragnienia bycia coraz większym trafił szlag, a właściwie reforma Balcerowicza. Kulturystyka jest drogim sportem, a bankructwo ojca niezbyt w jego uprawianiu pomogło.
Wrócić na siłownię mogłem dopiero po uzyskaniu posady na macierzystej uczelni. Młodzieńcze pragnienia zastąpił realizm. Kiepskie pieniądze równają się kiepskiemu odżywianiu, a gdy jeszcze dorzucimy do tego szlajanie się po knajpach i łojenie browarków, wtedy... szkoda gadać!
Kupno domowego atlasa też nie było najmądrzejsze. Bandzioch rósł na równi z obwodem ramienia. Gdy zostałem zmuszony do szycia koszul, zaś w zimowe wdzianko xxl nie mieściło się nawet ramię, powiedziałem dość. I kolejne osiem lat przerwy.
Na szczęście przed wakacjami dopadł mnie kryzys wieku średniego. Postanowiłem, póki jeszcze czas, odbudować trochę siłę i tkankę mięśniową. Idzie nieźle. Wprawdzie na płaskiej ławie nie mogę cisnąć powyżej stówki – odzywają się barki – ale i przysiad, i wiosłowanie ze sztangą idzie nadspodziewanie dobrze (ponad stówka). Gdy rzuciłem karierę naukową, okazało się, że i koszule mi niepotrzebne, a dresiki robią wystarczająco duże...
Pozytywem jest bez wątpienia to, że czuję się i ruszam lepiej niż 5 – 6 lat temu. A, że w piątek po ostatnim treningu w tygodniu mam ochotę położyć się i nie wstawać przez cały weekend? Szczegół!!!

Pamiętaj, twardym trzeba być nie miękkim!
OdpowiedzUsuń