12 września 1964 roku umarł człowiek, którego losy zasługują na przeniesienie na ekran. Sergiusz Piasecki żył w dwóch światach. Jeden z nich możemy poznać o wiele lepiej jeśli sięgniemy po jego książki stanowiące kapitalne świadectwo mentalności ludzi żyjących bardzo ważnym dla Polaków okresie. Przeczytałem dopiero dwie z nich: „7 pigułek Lucyfera” o pierwszych latach po drugiej wojnie światowej i „Zapiski oficera armii czerwonej”, gdzie bohater, młody oficer z mózgiem wypranym przez Komsomoł, trafia w wojennym okresie do Wilna i Lidy. Szczerze zachęcam, bo bez wątpienia warto. Poniżej fragment tej drugiej, czyli przygód oficera czerwonej armii na Wileńszczyźnie:
„Umówiłem się ja z „nauczycielkami”, że wieczorem wprowadzę się. Oddały mi narożny pokój z balkonem. Zapytały, czy dużo mam rzeczy? Ale rzekłem im: „Jakie oficer bojowy może mieć rzeczy? Nic nie mam. To przecież wojna”. Powiedziały, że dadzą mi pościel. Zgodziłem się na to, ale pomyślałem sobie: na jakiego czorta to mi jest potrzebne?
Pożegnaliśmy się bardzo spokojnie i kulturalnie, poszedłem ja miasto oglądać. Idę ja ulicami i widzę, że w prawdziwą burżujską jaskinię trafiłem. Publika na ulicach ubrana jak na bal. Każdy w skórzanych trzewikach, a niekiedy to nawet i w butach. Krawaty i kołnierzyki też u wielu zauważyłem. I prawie wszyscy są w kapeluszach. Ot pasożyty!... A najdziwniejsze to są kobiety. Włosy każda ma uczesane jak aktorka filmowa. Na nogach cienkie pończochy, pewnie w Paryżu kupowane, gładkie, brązowe. Sukienki lekkie, kolorowe... jak kwiaty. W życiu swoim takich nie widziałem. Pięknie burżujskie ścierwo poubierane. Ja tak sobie idę i tak sobie myślę: „Chyba tu z całej Polski kapitaliści z żonami i córkami zjechali się? Takie bogactwa!”
Trochę mnie nawet strasznie zrobiło się. Tyle tych krwiopijców dookoła szwenda się! Ale widzę i naszych chłopaków jest sporo. Chodzą ulicami i też fason trzymają. Każdy naperfumowany tak, że z daleka czuć. Niech burżuje przekonają się, jaka u nas kultura! Szkoda, że i ja nie naperfumowałem się. Nie było czasu. Innym razem.
W jednym miejscu patrzę ja – piekarnia. W oknie chleb i bułki zauważyłem. Nawet ciastka były. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Myślę sobie, albo to jest burżujska propaganda, albo specjalny sklep polskiego „Inturistu”. Stanąłem ja przy oknie i obserwuję.
Ludzie wchodzą, kupują, wychodzą. A ja tylko staram się zauważyć, czy specjalne stachanowskie „bony” mają czy zwykłe kartki? Ale trudno było to zrozumieć. Myślę ja sobie: „Spróbuję i ja. A nuż sprzedadzą?” Wchodzę ja do środka, odkaszlnąłem i mówię, niby spokojnie:
– Proszę mi odważyć pół kilograma chleba.
Panienka, ładna taka i cycata, pyta:
– Jakiego?
Ja palcem pokazałem na najbielszy... jak bułka. I nic. Odważyła, nawet w papierek zawinęła i podaje mnie.
– Proszę pana – powiedziała.
Ja aż zdrętwiałem: panem mnie nazwała! Nie rozeznała się. Chyba tylko dlatego i chleb mi sprzedała. A może ślepawa trochę. Pytam:
– Wiele płacę?
Mówi:
– Dziesięć groszy.
Dałem jej rubla, a ona mi całą kupę pańskich, kapitalistycznych pieniędzy reszty wydała. I o żadne „bony”, kwity czy „ordery” nie pytała nawet.
Wyszedłem ja ze sklepu. Chleb ciepły, biały, aż pachnie. Chciałem od razu zjeść, ale spostrzegłem, że na ulicy nikt nie je, tylko nasze chłopaki chodzą i pestki słonecznikowe gryzą. Wsadziłem ja chleb do kieszeni. Szkoda – myślę – że kilograma nie poprosiłem. Może by sprzedała. A sam liczę: toż wychodzi, że za naszego rubla mógłbym pięć kilo chleba kupić! Słodko żyło się burżujom, w tej dawnej Polsce, na krzywdzie roboczego narodu!”
Sądzę, że taka lektura szczególnie przydałaby się wszelkiej maści socjalistom, którzy duchem są razem z Piotrem Szumlewiczem. Ten wybitny teoretyk i piewca socjalizmu widzi w nim lekarstwo na całe zło świata. A to co przeżywają ludzie z kraju stojącego na najbogatszych złożach ropy naftowej jest mu dziwnie obce. Coś jakby patrząc na żmiję, która wbiła swe jadowe zęby w jego lewy pośladek, widział komara.
O 500+ następnym razem

0 komentarze:
Prześlij komentarz