Kilka dni temu zaproponowałem na blogu ksiazkisprzedlat.blogspot.com książkę dra Tadeusza Bernadzikiewicza „Przerosty etatyzmu” z 1935 roku. Wczoraj przeglądając przedwojenną prasę, trafiłem na jeden z niedzielnych numerów Ilustrowanego Kuryera Codziennego ze stycznia 1936 roku, gdzie Zygmunt Nowakowski opisał był tę książkę w felietonie pt. „Powietrza! Powietrza!” Przytoczę go poniżej w całości – dosłownie:
„Tygodnik „Prosto z mostu” rozesłał skierowaną do literatów i czytelników ankietę z zapytaniem „Jaką najciekawszą książkę przeczytałem w roku 1935?“ Odpowiem bez namysłu, że książką tą jest praca dra T. Bernadzikiewicza p. t. „Przerosty etatyzmu”. Książka dosłownie, prawdziwie pasjonująca. ponieważ doprowadza do pasji. Nie wahałbym się powiedzieć, że jest to lektura na porost włosów, przy czytaniu bowiem nawet łysemu jak kolano włosy na głowie dęba stawać muszą. Jest to zarazem lektura gimnastyczna ze względu na skoki, jakie czytelnik wykonuje samorzutnie przy pewnych ustępach, malujących zwłaszcza niedołęstwo przedsiębiorstw państwowych.
Mam zwyczaj czytać każdą książkę z czerwonym ołówkiem w ręce. Zakreślam, podkreślam, robię znaki pytania, wykrzykniki, czasem jakieś uwagi na marginesie. Tym razem jednak dosłownie zasmarowałem na czerwono wszystkie kartki niesłychanie pakownej, zaledwie 150 stron mającej broszury. Prawie każde słowo nadaje się do podkreślenia. I prawie każde zdanie przynosi jakąś nowość. To nie książka, ale film detektywistyczny i sensacyjny do zenitu. Co najciekawsze, efekt taki osiąga autor, pisząc spokojnie, rzeczowo, bez krzty demagogji, ściśle podając tylko fakty i cyfry zaczerpnięte z najlepszych źródeł, niemogących ulegać wątpliwości.
Książka ta przekonała mnie, do jakiego stopnia żyjemy w ciemności, jak dalece nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nas bezpośrednio otacza. Wprawdzie czyta się codziennie, na każdym kroku o etatyzmie, o jego wybrykach, o katastrofalnej gospodarce przedsiębiorstw państwowych, lecz te informacje, podawane po łyżeczce, nie wywołują należytego skutku. Nie budzą nas z uśpienia. Dawniejsze stosunkowo prace jak np. prof. Heydla czy Lulka lub inż. Bobra nie są mi znane, tembardziej więc po przeczytaniu książki dra Bernadzikiewicza miałem wrażenie, że ktoś wyrżnął mnie obuchem w głowę. Możnaby to wrażenie porównać także do chwili, gdy kurtyna idzie w górę. Człowiek patrzy, patrzy i wreszcie pyta, czy to sen czy prawda. Niestety, prawda! Każdy fakt, opatrzony datami, numerem, odnośnikiem do takich a takich dokumentów. Z faktów owych tworzy się atmosfera tak duszna, że na usta wyrywa się krzyk „Powietrza! Powietrza!”
Możeby jednak pozbierać myśli i zacząć pisać spokojnie Spróbujmy tak: czy my przypadkiem nie przesadzamy w krytycyzmie, którego źródłem jest zresztą ambicja patrjotyczna? Kto wie, czy nie mamy zbył wielkich wymagań, skutkiem czego nasz sąd nabiera niepotrzebnej ostrości? Trudno, nie możemy w kilkunastu latach dojść do tego stanu rzeczy, jaki panuje np. w Anglji czy gdzieindziej.
Państwo nasze jest młode, wyrabia się z roku na rok. Człowiek patrzący okiem nieuprzedzonem, powinien przecież widzieć postęp na wszystkich polach. Napewno jest z każdym rokiem lepiej. No, jeżeli jeszcze nie jest lepiej, to będzie lepiej. Uczymy się wielu rzeczy. Przedewszystkiem uczymy się rzeczy tak trudnej, jak własne państwo, jak porządek, ład, jak właściwy stosunek do prawa, do obowiązku. Stajemy się obywatelami, państwowa zaś machina powoli ale systematycznie wymienia stare urządzenia na nowe, smaruje tłoki, oliwi, dzięki czemu tryby coraz mniej zgrzytają. Jesteśmy na właściwej drodze. Wyszliśmy dawno z fazy niemowlęctwa, krocząc zdecydowanie ku lepszemu jutru, ku praworządności, ku dobrej organizacji naszego życia i gospodarki. Jeżeli sprawa idzie powoli, przyczynę należy przypisać tylko kryzysowi.
Wystarcza jedna chwila, jedna książka, aby, ten optymistyczny pogląd nasz uległ bolesnemu wstrząsowi, który podrywa zaufanie. Przestajemy wierzyć, jakoby kryzys był główną a niekiedy i jedyną przyczyną zła. Zaczynamy tej przyczyny szukać gdzieindziej. Samorzutnie wypływa pytanie: czy my wogóle nie mamy ludzi z głowa na karku?
Zacznijmy od epizodów najdrobniejszych, częściowo znanych i mających w sobie mimo wszystko pokaźną dozę humoru. Np. historja, która miała miejsce nie tak dawno na Śląsku: Urząd Skarbowy w Katowicach zajmuje kasę i meble... Państwowych Zakładów Wodociągowych, a to z powodu niezapłacenia podatków. Państwo kładzie sekwestr na własnem, rodzonem przedsiębiorstwie! Zabiera mu meble. Cóż za farsa! A można sobie wyobrazić, ile papieru zużyto przy tej okazji!
Albo kawał „planowej“ gospodarki nr. 2. Saliny wielickie zakupiły wspaniałą pralnię do prania worków. Pralnia jest nieczynna przez blisko trzy lata, ponieważ worki... nie nadają się wogóle do pranla. Przecież to jakby kartka z romansu so Przecież to jakby kartka z romansu sowieckiego! Śmiejemy się z ich kłopotów a sami mamy niegorsze...
Albo kawał nr. 3, tym razem z gospodarki P. K. P.: w Pruszkowie są warsztaty kolejowe i jest skład materjałów drzewnych. Otóż pruszkowskie warsztaty zaopatrują się w materjał drzewny nie na miejscu ale czerpią go z kolejowego składu na stacji Warszawa — Praga, ponieważ ceny desek są tam znacznie niższe. Więc w Pruszkowie metr sześcienny desek sosnowych kosztuje 105,21 zł., podczas gdy na Pradze tylko 53 zł. Różnica zastanawiająca, ale ostatecznie zrozumieć możemy fakt, że Pruszków woli kupować na Pradze niż u siebie.
To jednak dopiero początek bałaganu. Pokazuje się bowiem, że magazyn na Pradze ma tarcicę, pochodzącą bezpośrednio z magazynu... pruszkowskiego. Leżała tam na składzie bardzo długo, nie znajdując nabywców z powodu wygórowanych cen, i dopiero gdy materjał odleżawszy się, stracił na wartości, Pruszków odsprzedał go Pradze, następnie zaś Praga sprzedała go Pruszkowowi. Oto kalkulacja! Podobnych kawałów niema nawet w powieściach sowieckich, bo to temat przestarzały, nadający się jedynie dla jakiegoś Gogola.
Bawmy się dalej, choć ta zabawa bardziej jest bolesna. Postanowiono zbudować gmach Centralnej Drukarni Państwowej i po wykonaniu robot ziemnych zaprzestano dalszej pracy. Kosztowało to około 100.000 zł. Dodajmy, że według Prof Lulka liczba drukarń Państwowych w Polsce nie jest jeszcze dokładnie znana. Nie było dotąd czasu, aby je zliczyć...
Do drukarń może jeszcze wrócimy, na razie zajmijmy się kłódkami. Państwowe kłódki! Tylu ślusarzy, tyle spółek ślusarskich bankrutuje, wobec czego państwo bierze się do wyrobu kłódek. Gdybyż przynajmniej były dobre i tanie, gdybyż ich wyrób opłacił się! Niestety, genjalny pomysł przyniósł poważny deficyt, państwo dowaliło do interesu. Było to jednak, jak się zdaje, mniej ryzykowne niż wyrób państwowych rowerów (obręcze wyrabiały Zakłady Lotnicze). Na sprzedaży rowerów traci państwo bagatelę, bo mniej więcej dwa i pół miljona zł. Traci także i na maszynach do pisania, sprzedając takowe po cenie o 14,2 proc. niższej od kosztów własnych .. Mimo woli chciałoby się zapytać, dlaczego państwo nie fabrykuje np. szczoteczek do zębów, albo rakiet tenisowych. Nie zaszkodziłby również np. puder państwowy.
To wszystko jeszcze drobiazgi, przy których, ostatecznie, można się uśmiechnąć. Zwolna dochodzimy do rzeczy ważniejszych, więc np. do motoryzacji, chociaż nie ona stanowi clou tej komedji omyłek. Wiec jako najbardziej stosowny, najbardziej odpowiadający naszym warunkom komunikacyjnym wybrano autobus typu „Saurer“. Wóz akurat o takiej wadze, że musianoby przebudować tyłko 90 proc. naszych mostów drogowych. Oczywiście, wozy te okazały się ponadto stanowczo za drogie, to też z 75 sztuk zmontowanych w fabryce „Ursus“, sprzedano w ciągu roku... jeden egzemplarz. I nabywcą, jak się zdaje, było znowuż państwo, bo Instytut Badań Inżynierii.
Grubo gorsze doświadczenie było z samochodami marki Fiat. Uprzywilejowano te wozy, przyznano im ulgę podatkową, dochodzącą do 60 proc., przy równoczesnem obłożeniu najwyższą stawką celną wszelkich innych samochodów. Nawet remont wozów innej marki został utrudniony. A rezultat tak swoiście pojętej „motoryzacji”? Ani Saurer, ani Fiat nie zdobyły amatorów. Polska zaś, jeżeli idzie o ilość wozów, stoi na piętem miejscu to Europie. Na piątem, ale od dołu. Po Rosji, Bułgarji, Jugosławji i Litwie. Mamy stosunkowo mniej samochodów niż... Albanja!
Prawdziwą epopeję możnaby napisać na temat podkładów kolejowych. W roku 1933 gospodarka przedstawiała się tak, że towar dostarczony przez firmy prywatne, był wyborowy i kolej odrzuciła zaledwie 7 proc. ogólnej produkcji, jako materjał nieodpowiedni. Równocześnie podkłady,wyprodukowane przez Lasy Państwowe, prezentowały się tak mizernie, że np. dyrekcja warszawska musiała odrzucić 69 proc. materjału. Dodajmy, że wszystko wyprodukowane przez państwowe przedsiębiorstwa nietylko jest przeważnie gorsze ale grubo, grubo droższe. Oto pierwszy lepszy przykład z brzegu: tonnę ropału oferował Polmin po 32 zł. 80 gr., natomiast prywatna spółka żądała tylko 14 zł. 76 gr.
Wszędzie występuje uprzywilejowanie w stosunku do przedsiębiorstw państwowych. Płacą podatki albo nie płacą — zależnie od okoliczności. W każdym zaś wypadku płacą grubo mniej, niż analogiczne przedsiębiorstwo prywatne. Ich odbiorca jest finansowo pewny i nigdy nie zawiedzie, ponieważ odbiorcą jest państwo, które weźmie towar nawet najgorszy, płacąc ponad wartość i dając zgóry zaliczkę, niekiedy dochodzącą do 100 proc. Mają ulgi celne. Gdy zabraknie pieniędzy w kasie, państwo dopłaci, udzielając bezzwrotnej pożyczki. I któż może konkurować z takiem przedsiębiorstwem?
Zdawałoby się, że w podobnych warunkach powodzenie tych przedsiębiorstw jest zapewnione. Niestety, prawie regułę stanowi deficyt, klapa beznadziejna, świadcząca o jak najdalej posuniętem niedołęstwie i marnotrawstwie. Ale to nie byłoby jeszcze najgorszem złem. Nie, zło tkwi w retuszowaniu bilansów, w ich celowem zniekształcaniu, wybielaniu, w cygaństwie. Bilanse te powinny iść do pralni chemicznej, abyśmy wiedzieli nareszcie, na czem stoimy, aby skończyła się mistyfikacja, aby położono kres takiemu stanowi rzeczy, gdzie przedsiębiorstwo państwowe, jak np. kamieniołomy w Janowej Dolinie, może funkcjonować bez zatwierdzonych planów, gospodarczo-finansowych!
A możeby w tych przedsiębiorstwach zaprowadzić zarząd przymusowy? Ale złożony tylko z ludzi... prywatnych.”
Przyznam, że podczas lektury tej książki kilka razy otwierał mi się w kieszeni scyzoryk. Przecież każdy kolejny rząd od tzw. odzyskania wolności dąży właśnie w kierunku rzeczywistości II RP. Odnoszę wrażenie, że reforma Wilczka miała być zwyczajnym mydleniem oczu... Jeszcze raz szczerze zachęcam do lektury.

0 komentarze:
Prześlij komentarz