Przeglądając prasę międzywojenną, trafiłem na bardzo znamienny felietonik. Znamienny bo, jak w mordę strzelił, pasuje do dzisiejszych prób przekształcania umysłów młodych ludzi. Ale, do rzeczy:
„W stuprocentowo polskiej pensji ksiądz okropnie narzekał:
— Takie bezbożne te dziewczęta! Coś okropnego, nic tylko dancygiełesy im w głowie. Żadne monita, morały nie skutkują. Wprost nie mam już argumentów...
Biedny ksiądz był zrozpaczony i opowiadał na prawo i na lewo o zepsuciu dzisiejszej młodzieży.
Nauczycielka polskiego musiała rozstać się ze szkolą. Na jej miejsce zaangażowano nową, błyszcząco udyplomowaną polonistkę. Dziesięciu profesorów uniwersytetu i pięciu woźnych rekomendowało ją z zapałem.
Znakomita polonistka nazywała się Biruta Cebula (dawniej Cebulenszwanc), miała nosa niczym haczyk do trzewików.
Dostała wychowawstwo 7-ej klasy, bardzo pedagogicznie, naukowo, fachowo, nowocześnie, wzięła się do urabiania uczennic. Nie szczędziła komentarzy przy omawianiu „zacofania” Sienkiewicza, sowieckich pisarzy polecała gorąco.
A co przytyków, drwinek i złośliwostek pod adresem księży, religii, ogłupiałych bigotów...
Ksiądz wiedział o tym naukowym nastawieniu polonistki i szykował się do ultimatum:
—- Nie będę współpracował z taką bolszewiczką, albo ja opuszczę szkołę, albo ona! — groził.
Teraz zaczął się sezon wycieczek. Każda klasa postanawia gdzie chce jechać. Te do Gdyni, te do Krakowa, tamte w góry Świętokrzyskie, owe do Wilna, do puszczy Białowieskiej...
7-ma klasa jednogłośnie, gremialnie oświadczyła:
—- My chcemy jechać do Częstochowy!
I żadne perswazje wychowawczyni — żydówki — polonistki nie pomogły. Klasa się uparła. Dyrektorka nie widziała czemu by się nie zgodzić. Wycieczka została zatwierdzona.
Ksiądz rozpłakał się z radości. Od lat nie było wypadku by jakaś klasa wybrała się do Częstochowy. Ale ta 7-ma to w ogóle wyjątkowa klasa. — Najpilniej odbyła rekolekcje, najliczniej uczęszcza do kościoła, ściany klasy obwieszone św. Teresą i innymi dewocjonaliami.
Do Częstochowy jadą wszystkie bez wyjątku. Miss Cebula zgrzyta siekaczami, ksiądz klaszcze w ręce.”
Felietonik wydrukowało w 1936 roku wileńskie „Słowo”. Podpisano go „Karol”.
Wniosek płynie z tego jeden. Z polskimi dzieciakami nie można na siłę.

0 komentarze:
Prześlij komentarz