Wpadły mi niedawno w ręce „Wspomnienia polityczne” Stanisława Głąbińskiego. Czy ktokolwiek spośród czytelników kojarzy tego polityka, który przez ładnych kilkanaście lat pozostawał w kręgu ludzi decydujących o życiu ludzi zamieszkujących ziemie polskie? Jeśli nie, to szczerze zachęcam zarówno do zaznajomienia się z jego życiorysem (nawet w załganej Wikipedii), jak do sięgnięcia po przywołane „Wspomnienia”. Poniżej przytaczam jeden rozdział z tej książki, zaś po nim znajdzie się kilka słów komentarza.
W epoce odrodzenia starożytnych idei państwowych i prawnych, w literaturze od czasów Macchiavellego, a więc od początku XVI wieku, powstał jawny zamęt w zapatrywaniach na istotę, cele i metody polityki. Wbrew ustalonym zasadom chrześcijańskim, że polityka jest służbą dla państwa,kościoła i narodu, że musi być opartą na podstawach prawnych i etycznych, że panujący jest tylko sługą swego narodu, narzędziem w ręku Boga, powołanym do stosowania zasad chrześcijańskich w życiu prywatnym i publicznym, wysunął Macchiavelli w swoich pismach zasadę suwerenności panującego i władzy państwowej, dopuszczającą użycie wszelkich środków, nawet zbrodniczych i niemoralnych, w interesie zdobycia władzy i utrzymania się przy niej. Z historii wiadomo wprawdzie, że Macchiavellemu przyświecała szczytna idea zjednoczenia Włoch i że główną ku temu przeszkodę upatrywał w państwie kościelnym i w chrześcijaństwie, ale dążenie to nie mogło usprawiedliwić podporządkowania wszelkich zasad prawnych, religijnych i etycznych ideałowi władzy. Uznawał to nawet taki zwolennik absolutyzmu i »autorytetu«, jakim był Fryderyk, nazwany później Wielkim, który jako następca tronu napisał książkę pod tyt. »Antimacchiavelli«, i kolejno, rozdział za rozdziałem, zbijał z oburzeniem tezy Macchiavella.
Pomimo ogólnego potępienia w teorii utrzymały się jednak zasady Macchiavella w całości lub części w praktyce tu i owdzie, albowiem są zbyt wielką pokusą dla ludzi bezwzględnych, żądnych władzy i rozgłosu. Nie potrzebujemy dowodów na to i przykładów szukać długo i daleko, albowiem łatwo je znaleźć. Także w polityce pod zaborem austriackim natknąłem się na ludzi takiego typu, co było tym dziwniejsze, że nie chodziło tam wcale o pełnię władzy, lecz o jej okruchy pod obcym suwerennym rządem. Miałem już sposobność wymienić dwóch takich mężów, różnych pod względem charakteru i temperamentu, mianowicie Leona Bilińskiego i Michała Bobrzyńskiego.
Biliński był typem zdolnego i ambitnego urzędnika, rozmiłowanego w honorach, tytułach i orderach, w towarzyskich stosunkach z dostojnikami, w łaskach cesarza. Nie miał szerszych celów politycznych, był »umiarkowanym« konserwatystą, skłonnym do wszelkich kompromisów. Przeciwnie Bobrzyński był typem zwolennika autorytetu i silnej władzy, układnym i giętkim w stosunku do wyższych od siebie, zwłaszcza do cesarza, ale stanowczym i nieugiętym w stosunku do ludzi od siebie zawisłych. Nie był człowiekiem kompromisu. Przeciwników politycznych usiłował zniszczyć wszelkimi sposobami i środkami, dalekimi od etyki chrześcijańskiej. Tym swoim duchem umiał natchnąć najbliższych swoich stronników. Gdy w publicystyce polskiej odbywała się żywa dyskusja na temat, czy w polityce dopuszczalne są kręte drogi, a właśnie demokracja narodowa wytykała takie drogi partii krakowskiej, usłyszałem przy obiedzie w wiedeńskim bufecie parlamentarnym taką rozmowę pomiędzy moim stronnikiem Aleksandrem hr. Skarbkiem, a gorącym zwolennikiem Bobrzyńskiego, Leopoldem Jaworskim; Jaworski do Skarbka: »Ja Panu zaraz pokażę, czym jest polityka. Oto właśnie skończyłeś Pan jeść obiad i pozostawiłeś przed sobą na stole10 centów dla kelnera. Wkrótce pan się oddalisz, a ja pańskie 10 centów przesunę przed siebie. Gdy kelner przyjdzie później, zobaczy i weźmie 10 centów, chwaląc mnie jako porządnego gościa, a złorzecząc panu za pańskie sknerstwo. Będę go miał odtąd jako przyjaciela, pan jako swego wroga. Oto, czym jest polityka«. Udałem, że nie słyszę tej rozmowy, ale przypomniałem sobie, jak to często ignorowano w »Czasie« moją pracę i wyniki tej pracy, a przypisywano je innym. Do tej samej kategorii krętych dróg można by zaliczyć postępek Bilińskiego w sierpniu r. 1909, gdy uprosił mnie w Ischlu, abym się nie zgodził na usunięcie go z gabinetu, a niemal równocześnie ułożył się przeciwko mnie z Janem Stapińskim i wyjednał w kilka dni później rzekomo w moim imieniu i na rachunek prezesa Koła polskiego, a więc całego kraju, kilka milionów potrzebnych dla załatania niedoborów w Banku Stapińskiego i dla uratowania go od odpowiedzialności kryminalnej. Baron Bienerth uroczyście mnie zapewnił, że tylko ze względu na mnie zgodził się na udzielenie z funduszów dyspozycyjnych 1 ½ miliona koron w gotówce i takiej samej sumy tytułem pożyczki z funduszów należnych skarbowi państwa z galic. Kasy Oszczędności. Do uwierzenia Bilińskiemu skłoniła go tylko okoliczność, że właśnie przed kilku dniami sprzeciwiłem się jego dymisji z gabinetu. Do krętych dróg zaliczam także metody, użyte przez Bobrzyńskiego dla niedopuszczenia nominacji Stanisława Grabskiego na profesora Uniwersytetu lwowskiego, i podobne metody, usiłujące mnie i stronnictwo moje skłonić do usunięcia ze stronnictwa najdzielniejszego pracownika, jakim był Roger bar. Battaglia.
Na mój wniosek wydział prawny we Lwowie zaproponował był do nominacji na drugiego profesora ekonomii w uniwersytecie Stanisława Grabskiego, b. docenta krakowskiego i profesora akademii w Dublanach. Upłynął długi szereg miesięcy, a nie mogłem się doczekać przedłożenia aktów ze Lwowa od namiestnika, który miał tylko wyrazić swą opinię o kandydacie pod względem politycznym. Bobrzyński zamiast dać opinię, dobrą lub złą, schował akta do szuflady, jak to się dzieje niekiedy także dzisiaj w Polsce odrodzonej. Dowiedziałem się o tym, interweniowałem osobiście u namiestnika, zwłaszcza że profesor Grabski miał być dla mnie pewną pomocą i wyręczeniem w wykładach. Bobrzyński przyrzekł mi, że akta przedłoży natychmiast i nie będzie robił żadnych przeszkód. Istotnie obietnicy dotrzymał, akta przedłożył i sprawa odeszła do podpisu cesarza. Po kilku dniach jednak zwrócił się do mnie minister oświaty hr. Stürgkh, mocno zaniepokojony, z wiadomością, że cesarz odmówił swego podpisu, ponieważ w przedłożeniu swym namiestnik czerwonym atramentem podkreślił ustęp mówiący o burzliwej rewolucyjnej przeszłości Grabskiego. Cesarz zwrócił uwagę na owo czerwone podkreślenie i obawiał się mianować profesorem niebezpiecznego socjalistę. Uspokoiłem pod tym względem ministra oświaty i prosiłem go, aby w moim imieniu przedłożył ponownie i osobiście nominację do podpisu. Minister oświaty spełnił moje życzenie i niebawem powrócił od cesarza w wesołym nastroju: »Cesarz powiedział mi, że jeżeli prezes Koła tego sobie życzy, to on nie może podpisu odmówić«. Tym razem więc podstęp namiestnikowi nie dopisał.
Drugi przykład jeszcze jaskrawszy. Należący do narodowej demokracji poseł Roger Battaglia był moją prawą ręką w Kole w sprawach ekonomicznych. Człowiek niezmiernie zdolny, rzutki, energiczny, wybór na posła w Tarnowie sam sobie zawdzięczał, nie potrzebował obcej pomocy, owszem drugim jeszcze pomagał. Miał tę wadę, że lubił życie wesołe i popierał rozmaitych przemysłowców jako dyrektor krajowego związku fabrycznego. Bobrzyński przedstawiał mi przy każdej sposobności Battaglię z najgorszej strony. Razu pewnego opowiadał mi, że Battaglia tańczył w Krynicy całą noc w jakichś skandalicznych okolicznościach, przynosząc wstyd całemu stronnictwu; to znowu, że proteguje w Wiedniu spekulantów żydowskich najgorszego gatunku. Na koniec zawiadomił mię, że otrzymał z mojego polecenia z prezydium rady ministrów szereg kryminalnych indywiduów do przedstawienia ich do odznaczenia i tylko dzięki temu, że pismo było Battaglii, zabezpieczył mnie przed kompromitacją. Tego było mi już za wiele. Musiałem wierzyć namiestnikowi, chociaż Battaglia zapewniał, że spisał tylko tych kupców i przemysłowców, których sam Bobrzyński w r. 1908 przedstawił rządowi do odznaczenia. W interesie powagi prezesa Koła i stronnictwa usunięty został Battaglia ze stronnictwa. Niebawem jednak okazało się, że wszystkie intrygi Bobrzyńskiego zmierzały tylko do tego, aby tego niezrównanego pracownika od stronnictwa mojego oderwać i dla siebie pozyskać. Oto Bobrzyński postarał się o fundusze dla założenia dwóch pism codziennych »Gazety Porannej« i »Gazety Wieczornej«, a wydawnictwo oraz redakcję tych pism, zwróconych przeciw Wszechpolakom (dzisiaj »endekom«) powierzył właśnie ... Battaglii. Odtąd człowiek ten przestał być osobistością »kompromitującą«, przeciwnie wszedł w najbliższe otoczenie pana namiestnika.
Wspominałem już w innym ustępie o zażyłych stosunkach Jana Stapińskiego z Bobrzyńskim i o zapatrywaniu tegoż, że bez »kanalij« rządzić nie można. Ale już poza środki »rządzenia« sięgała intryga uknuta przeciw mnie osobiście przez Bobrzyńskiego na spółkę z Bilińskim i Stapińskim przy pomocy innej »kanalii«, Ernesta Breitera. Oto po śmierci Wojciecha Dzieduszyckiego, wiceprezesa Koła, a poprzednio prezesa Koła, poinformował mnie dziennikarz i literat polski Bernard Scharlitt, że wielki przemysłowiec wiedeński Wetzler nawiązał był z W. Dzieduszyckim rozmowy w sprawie bezinteresownego odstąpienia Galicji dwóch wielkich chłodzarni, jakie zbudował dla celów wojskowych w Krakowie i Przemyślu, których już nie potrzebuje. Scharlitt dał mi do zrozumienia, że Wetzler liczy na jakieś poparcie moralne Koła polskiego jako człowiek niezmiernie ambitny, ale nie stawia żadnych warunków i pragnie się ze mną osobiście zobaczyć. Przedstawiłem zaraz tę sprawę prezydium Koła i uznaliśmy wszyscy taki nabytek dla kraju, mianowicie dla rolnictwa krajowego, za pożądany, ponieważ pozwoli uregulować podaż naszego bydła i nierogacizny na targ wiedeński i zabezpieczy producentów od strat i od zdania ich na łaskę i niełaskę pośredników wiedeńskich. Zobaczyłem się z Wetzlerem i przyjąłem jego ofertę wyłącznie z »sympatii« dla kraju uczynioną. Wkrótce też otrzymałem z ministerstwa wojny pismo Wetzlera, oddające do mojej dyspozycji obie chłodzarnie, które przyjąłem na piśmie z tym zastrzeżeniem, że przyjmuję tę ofertę w imieniu kraju Galicji i proszę ministerstwo o bezpośrednie porozumienie się z Wydziałem Krajowym jako gospodarzem kraju. O tym wszystkim zawiadomiłem Koło polskie, a przy sposobności zebrania się sejmu całe Koło sejmowe w moim sprawozdawczym przemówieniu i uważałem całą sprawę za załatwioną. Stało się jednak inaczej. Oto otrzymałem list od ministra wojny barona Schönaicha, który zwrócił moją uwagę na wielkie zasługi Wetzlera uczynione dla Galicji i prosił mnie o poparcie swego wniosku, jako ministra wojny, o powołanie Wetzlera, zasłużonego już skądinąd, do izby panów. Nie uważałem się za kompetentnego do takiej protekcji. Udałem się więc do ministra Bilińskiego z tym listem i prosiłem go i informację, czy Wetzler jest znaną osobistością i czy jego zdaniem można w tej sprawie jakieś kroki podjąć. Biliński zapewnił mnie, że Wetzler jest człowiekiem bardzo zasłużonym i że wystarczy, aby on sam (Biliński) tę sprawę w odpowiednim miejscu poruszył. Prosił tylko, aby mu dla pamięci oddać na krótki czas list ministra wojny. Zrobiłem to, nie przeczuwając intrygi.
Wkrótce potem zjawiła się w izbie posłów zjadliwa interpelacja Ernesta Breitera, poparta długim przemówieniem, z powodu »niegodziwych geschaftów« uprawianych przez prezesa Koła, który otrzymał na swoją własność dwie chłodzarnie w Krakowie i Przemyślu od przemysłowca Wetzlera za obietnicę, że tenże będzie powołany do izby panów. Prezydent Izby Pattai, słysząc obelgi na mnie rzucane przez Breitera wśród wesołości jego otoczenia, przerwał mu jego wywody, wołając, że są to bezczelne potwarze. Zrobił się wielki zgiełk, który zmusił mnie do natychmiastowego zabrania głosu i do wyjaśnienia, że Wetzler oddał chłodzarnie bezinteresownie na rzecz kraju i żadnych zobowiązań nie otrzymał. Sprawa została wyjaśniona, ale mimo to pisma »namiestnikowskie« w kraju rozkoszowały się dużymi napisami o »aferze Głąbińskiego«, »Breiter, Wetzler i Głąbiński« itp. Chodziło o skompromitowanie prezesa Koła nie tylko w Wiedniu, ale w opinii kraju. Sprawa w parlamencie miała tylko taką konsekwencję, że Breiter wyzwał prezydenta Pattaia za wyrazy »nikczemny żyd« (»abscheulicher Jude«), oszczerca i inne podobne epitety. Pattai oczywiście wyzwania nie przyjął i wykazał dokumentami, że Breiter nie jest zdolnym do honorowej satysfakcji. Atak na moją cześć osobistą i na honor prezesa Koła polskiego nie powiódł się głównie dzięki temu, że cała sprawa z Wetzlerem była traktowaną przeze mnie jawnie wraz z prezydium Koła polskiego i że w dokumencie przesłanym mi przez ministerstwo wojny wyraźnie napisałem, że darowizny nie przyjmuję dla siebie, ale dla kraju i oddaję ją do dyspozycji Wydziału Krajowego, jako gospodarza kraju. O tym wszystkim nie wiedzieli obaj inspiratorzy tej napaści, Biliński i Bobrzyński, nie wiedział też ich bliższy informator Bernard Scharlitt, który na ich żądanie dostarczył »materiałów« Ernestowi Breiterowi.
Cała ta niecna intryga wykryła się dopiero w okresie wyborczym, gdy Scharlitt ogłosił publicznie w dniu 5 czerwca1911 roku w Kurierze Lwowskim wyjaśnienie, że dał się użyć za narzędzie Bilińskiemu, Bobrzyńskiemu i Stapińskiemu, aby za pośrednictwem Ernesta Breitera rzucić na mnie oszczerstwo. W nagrodę za to przyrzekli mu ci panowie mandat poselski do parlamentu z Galicji i intratną posadę, ale tej obietnicy nie dotrzymali. Na to ogłoszenie nie reagował ani Biliński, ani Stapiński, Bobrzyński zaś w urzędowej Gazecie Lwowskiej z 7 czerwca 1911 wyparł się znajomości z Scharlittem. Scharlitt w odpowiedzi już w dniu następnym 8 czerwca 1911 r. ogłosił w Kurjerze Lwowskim szczegóły swego posłuchania i rozmowy z namiestnikiem. Na to już nie miała »Gazeta Lwowska« odpowiedzi. Zobaczywszy mnie w Krakowie na dworcu prosił mnie Scharlitt rzewnie o przebaczenie. Widocznie był sam w błędzie, przypuszczając, że przy owych chłodzarniach otrzyma jakieś zajęcie. Nie wiem dotychczas, co się stało z chłodzarniami i w czyim są ręku, miałem ich bowiem dość po dyskusji parlamentarnej. Także zwrotu listu ministra Schönaicha w sprawie »Wetzlera nie otrzymałem nigdy od Bilińskiego, który w obszernych swoich »Wspomnieniach« nie umieścił wzmianki o tej »aferze«. Widocznie sam czuł, że trzeba ją pominąć milczeniem.
Poprzestaję na tych kilku przykładach »krętych dróg« polityki z czasów austriackich, o ile mi one utkwiły w pamięci. Może obrońcy idei »autorytetu« uznają je za tak błahe, że nie zasługiwały na wzmiankę. Wszak po wojnie światowej przyzwyczaił się świat do o wiele jaskrawszych sposobów i środków niszczenia życia, zdrowia i dobrej sławy przeciwników politycznych. Być może. Wszak także Macchiavelli uchodził osobiście za gorącego patriotę i człowieka moralnego, a jednak sądził, że jedyną i decydującą miarą dla męża stanu jest stosowność środków do celu i roztropność w ich użyciu. Człowiek ten zajął przecież w nauce i w polityce przodujące stanowisko. Zdrowy instynkt narodów jednak uważa go za przedstawiciela chorobliwego, potępienia godnego, światopoglądu, zrodzonego w niezdrowej atmosferze moralnej jego rozdartej wówczas ojczyzny. W opisanym powyżej wypadku prezydent izby poselskiej, z zawodu adwokat, osobiście mi obcy, wyczuł instynktownie, że taka niegodziwa napaść na osobę człowieka szanowanego musi być z miejsca surowo ukaraną: uczynił to w dosadnych słowach, nie czekając na moje wyjaśnienie. Nie wyczuwali tego jednak autorzy owej napaści, mężowie światli, stojący na świeczniku politycznym, ani redaktorzy ich organów prasowych.
W każdym razie kręte drogi polityki doprowadzić musiałyby do wypaczenia tego wszystkiego, co nazywamy kulturą chrześcijańską. Czy można mówić o prawdzie i uczciwości tam, gdzie wszystko polega na pozorach i na zręcznym udawaniu? Czy można mówić i o historii, gdy najwybitniejsi ludzie rozmyślnie ją fałszują? Wedle Macchiavella cnota jest rzeczą dobrą, ale z braku cnoty trzeba się zadowolić jej pozorami, a niekiedy skuteczniej prowadzi do celu zbrodnia, oszustwo, zdrada, okrucieństwo, morderstwo, jeżeli się okażą dogodne do zdobycia lub utrzymania władzy. Na taką argumentację godzi się zapytać, czy władza jest takim przywilejem jednostki lub pewnej grupy, że bez ich utrzymania się przy władzy życie narodu nie byłoby możliwe? Któż to dał owej jednostce czy grupie taki straszny przywilej? Z pewnością nie Bóg.
Zafascynowały mnie te „Wspomnienia”, które obejmują okres od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, aż do pamiętnego 1926 roku. Przebija z nich jakaś taka swoista naiwność. Tak przynajmniej dziś można odczytywać postawę Stanisława Głąbińskiego przebijającą z czytanych zdań. Wyobrażacie sobie dziś polityka, który nie knuje, nie podkłada świni, tylko działa na rzecz swojego kraju i do tego etycznie? Moje sympatie polityczne są po prawej stronie sceny politycznej, lecz nie mam na okularach bielma. Widzę słomę nieśmiało wyglądającą z „cholewek”, gdy rysuje się możliwość wciśnięcia na wysoko płatną posadę kogoś z rodziny i to przemożne wciskanie się między pośladki tych, którzy obecnie siedzą przy „władzy”.
Lepsze to jednak, niż postawa charakteryzująca marksistów, neomarksistów, bolszewików, komunistów, maoistów, czy tych zarażonych Che albo Trockim. Prawda?
0 komentarze:
Prześlij komentarz