Kiedy tak słucham czasem biadań Krzysztofa Karonia nad stanem nauczania szkolnego w naszym pięknym i nieszczęśliwym kraju, chwyta mnie nagły lęk. Jak tak dalej pójdzie to dzieciaki po wyjściu z podstawówki będą się znały wyśmienicie na dogodzeniu sobie, zaś składanie tekstu zamieszczonego na kartach książek będzie im szło równie chwacko jak pierwszoklasiście za komuny. I to mimo „dobrej zmiany”, która z takim zacięciem reformuje polską szkołę.
W pewnych kręgach, które Jonny Daniels, a za nim jego potakiwacze z niezawisłego rządu polskiego, uważają za antysemickie, panuje przekonanie, że ekipa straszliwego Kaczora dąży z całych sił do odwzorowania Sanacji. Martwi mnie to nie tylko dlatego, że jak tak dalej pójdzie, przyjedzie wszechwiedzący urzędnik i przy pomocy sąsiadów zmelioruje mi maliny. Przychodzi mi także na myśl to w jaki sposób dzielne ekipy sanacyjne reformowały szkoły dla dziewcząt podczas swoich rządów. Aby należycie przybliżyć zagadnienie chyba mało dziś znane pozwoliłem sobie sięgnąć do wileńskiego „Słowa” z 30 grudnia 1938 r.:
6 milionów analfabetów, brak izb szkolnych, zażydzony personel nauczycielski, ZNP na manowcach, niewykonalne programy, klapa z liceami — to tylko z od grubsza niedomagania ministerstwa pseudo Oświaty.
Pogmerawszy w głowie byle woźny gimnazjalny wytknie ich w pięć minut dziesięć razy tyle.
Malkontentom coby jednak dowodzili, że urzędnicy ministerialni nic nie robią można zamknąć usta tym oto dowodem niezwykłej pracowitości i aktywności biurkosiadów.
Utarło się od czasów jeszcze Komisji Edukacyjnej tytułować naczelną zwierzchniczkę żeńskiej pensji: przełożoną!
-— Pani przełożono! — mówiły uczenice, nauczycielki i odźwierne. Przełożona —- był podpis na wszystkich oficjalnych świadectwach i listach. — Ta stara idiotka przełożona u św. Korduli! — rozprawiali w kuratorium.
I dobrze było, i szkoły funkcjonowały.
Powiew twórczych reform dosięgnął tytuł przełożonej. Parę lat temu wyszedł ukaz: nie wolno być przełożoną! To niepoważne! Zwierzchniczce pensji przysługuje tytuł dyrektorski!
Zaczęto zmieniać tabliczki na drzwiach, pieczątki, papiery. Rozbrzmiewało wszędzie: pani dyrektorko, pani dyrektorko!
Nawet i to uznano za niestosowne. Dobrze widziane były podpisy: dyrektor Fajtłasińska.
Trudno było zmusić dziewczęta do mówienia wbrew gramatyce i lekcjom polonistyki: pani dyrektor! ale w ciągu para lat poczyniono w tej dziedzinie postępy.
Teraz nowa, doniosłą, wspaniała reforma. Po miesiącach namysłów, po szeregach konferencyj zdecydowano: zlikwidować śmieszny i nielicujący tytuł dyrektorki, nakazać używania wyłącznie tytułu - przełożona. Poszły sznury okólników, tępiono dyrektorki, przyjmowano listy tylko od przełożonych. Jeśli wizytatorka podczas wizytacji usłyszała w szkole powiedzenie: — pani dyrektorko! —- pensja dostawała niższą ocenę.
Wróciły tabliczki, pieczątki, nadruki. Drobna sprawa, a ile narobiła zamieszania. Namęczyli się nad nią urzędnicy. Pewnie to jeszcze nie koniec.
Karol.
Ależ to międzywojnie dało pomysłów, ileż inspiracji mogą z tego okresu czerpać dzisiejsze biurkosiady. Normalnie strach się bać!

0 komentarze:
Prześlij komentarz