Już jutro Wigilia. Warto więc odejść choć na chwilę od polityki i sięgnąć po tematykę związaną z tym jakże ważnym świętem. Poszperałem więc w prasie międzywojennej i znalazłem odpowiedni, wielce smakowity, tekst autorstwa jednego z naszych mistrzów słowa – Zygmunta Nowakowskiego. Zamieszczono go w świątecznym wydaniu Ilustrowanego Kuriera Codziennego z 1938 r. Oto on:
Anioł z mutacją
Aniołowi sięga biała komża tylko do kolan, skutkiem czego widać portki i buty nieco obłocone. Ponadto, gołym okiem zdaję się dostrzegać przyszczypek na prawym bucie. Nie peszy mnie to bynajmniej. Szedł ten anioł aże z Zielonek, więc się i obłocił po drodze, lepsze zaś buty, bez przyszczypka, obuje dopiero w święta albo zarobi sobie szopką na nową parę. Włosy ma długie, spięte błyszczącą przepaską, mówi uroczyście, rąbiąc wiersze na drobne polana niczym siekierą. Ręce, nieco czerwone. (Mróz był właśnie w ten dzień. Mróz ten sam, który tak ostudził zapał wyborców do rad miejskich!) — więc te ręce czerwone jak raki, wyciągnął anioł przed się i mówi:
„Ziemianie, ziemianie, nie smućcie się wiele
— Oto wam opowiem wszelakie wesele:
w mieście Dawidowym Chrystus się narodził,
ten oto Zbawiciel, by lud oswobodził.
Gloria – gloria in excelsis Deo!”
Mutację przechodzi właśnie, pieje zatem raz po raz, ale dla mnie jest aniołem! Aniołem prawdziwym! Portek nie widzę, ni buciorów obłoconych, natomiast widzę misterium. I jakie misterium! W najlepszym gatunku! Wyborowe! Herod ma na łbie koronę taką, że przy niej słynna tiara Assafernesa blednie i w kąt idzie! Dworzanie srogiego władcy wystąpili w stroju uroczystym, dawniej przez fajermanów noszonym, tylko jeszcze dla efektu lampasy różnokolorowe przydano do spodni. Marszałek ma trzy gwiazdki na kołnierzu i co najmniej z pięć złotych krzyżów zasługi, prawdziwym staniolem oblepionych, a „gardehetman“ przypiął sobie ogromny naturalnych rozmiarów medal za wierną służbę, aż zazdrość patrzeć... Pięknie, przepięknie ubrani wszyscy! Nakrycia głów u całej świty misterne, przypominają czapki Monomacha, jakie w Kremlu do dziś widzieć można.
Te krakowskie są tylko z papieru, ze świecidełek groszowych i z blaszek przeróżnych czy ze szkiełek, a błyszczą jakby ze złota były. Wszyscy zaś, więc Herod, marszałek, gardehetman, ułan itd. mówią wierszem tak samo jak anioł, zatem w sposób siekany żywcem, skandując tak, aby akcent padał w możliwie najbardziej nieodpowiednich miejscach, rusza się każdy marionetkowo, jakby kij połknął, ale to mi ani trochę nie przeszkadza. Przeciwnie, tak właśnie mówić, tak chodzić i ruszać się powinni!
O, widzę, że nie tylko aniołowi bo śmierci także szorty czy pumpy wystają spod giezła, ale i tak robi mi się zimno w chwili, gdy kostusia z kosą w ręce zbliża się do Heroda... Porwała go i oto jesteśmy oczyszczeni: arystotelesowska katharsis tkwi w tej szopce z Zielonek! A przy scenie diabła i śmierci zarówno widzom jak i nam, członkom jury, zimny strach włosy lodowatym podmuchem do góry unosił...
Zasiadam w prześwietnej komisji, która ma kwalifikować zespoły wędrujące po domach, po lokalach publicznych, niekiedy i po szynkach. Przed naszymi oczyma paraduje galeria krakowiaków, górali (jeden był nawet w lakierkach!), żydów, jest wyżej wspomniana śmierć (aż w dwóch egzemplarzach), jest diabeł z przerażającą maską, jest turoń, osiołek, są inne persony czy maszkary gwiazdkowego misterium, jest przede wszystkim rywalizacja poszczególnych zespołów, które z reguły prowadzi brodaty święty Józef. A propos osiołka wybucha pierwsza kontrowersja między aktorami a komisją, pada bowiem nagłe pytanie pod adresem dyrektora jednej z trup:
— Panie! Czy przypadkiem osiołek pański niema lampki pod ogonem?
— Jak Boga kochom, nimo iodny lampki pod ogonem ino po jednyj w kużdym oku! Nie wierzy pon? To niech pon som tam zaźry!
— Ale zeszłego roku wetknęliście żarówkę w podogonie! Pamiętam dobrze!
Wiem z własnego doświadczenia, jak przyczepiają się wszelkie komisje do teatru, zatem rozumiem gest p. B., który bije się w piersi na znak, że zarzut jest wysoce krzywdzący, po czym obraca siebie i swego osła zadem ku prześwietnej komisji. (Iluż dyrektorów prawdziwych scen może mu zazdrościć tej swobody działania!), przysuwa się całkiem blisko, schylamy się tedy wszyscy w komplecie, aby stwierdzić, że istotnie zespół p. B. nie nadużył swobody, i nie wetknął lampki tam, gdzie nie trzeba. Zresztą mnie ten szczegół nie gorszyłby, ponieważ lampka, moim zdaniem, byłaby na miejscu. Ale niema jej, za to są żarówki w oczach, ruszają się miarowo uszy, rusza się i ogon. Wszystko w porządku, zwłaszcza że przedstawiciel starostwa wydaje dobrą opinię co do moralnej konduity zespołu. Dostaną zatem koncesję na tournée od domu do domu.
Naturalnie, ta koncesja i ta opiniodawcza komisja jest znakiem czasu, gdzie nawet szopka bez stempla się nie obejdzie. Czy oni, ci górale, żydzi, te turonie, ci tancerze płacą podatek obrotowy; tego nie wiem, w każdym jednak razie władze nie robią im takich trudności, jak przy otwarciu jakiegoś warsztatu czy fabryki. Zastrzeżenia u właściwej instancji, administracyjnej budzi tylko pewne trio nadwiślańskie, którego wszyscy wykonawcy mają symetrycznie powybijane zęby frontowe. Nie badam, w jakiej okazji potracili siekacze, a za to dziwuję się tańcowi, podczas którego jeden z tancerzy w oczach komisji podeszwę utracił. Perswadujemy, aby już dał pokój, bo i druga podeszwa odlecieć gotowa, ale to nie pomaga. Wziął na ambit i tańczy dalej.
— Pomaluśku se póde do domu a jutro szewc mi zrobi nowe zole!
Na takiego nie ma rady! A przecież to była tylko próba wobec komisji! Cóż będzie się działo, gdy wystąpią przed szanowną publiką! I gdy wypiją na kuraż! Są to zaś z wszelką pewnością popijawy nie byle jakie! Wyglądają chwilowo na speszonych, bo też ze wszystkich zespołów oni jedni przyszli w zwyczajnych ubraniach, prosto od roboty, od zwózki choinek, podczas gdy inni wystąpili w całym blasku. Ale to zgaszenie trwa krótko, już po kilku pierwszych taktach polki czy krakowiaka zapomnieli o tremie i tańczą jak wariaty skończone. Temperament wyładowuje się zwłaszcza w tańcu charakterystycznym, w góralskim, w polce, w sztajerze. I co za przepyszne, uśmiechnięte gęby! Jaka wymowa szczerze krakowska, siekana, twarda, czasem z akcentem na ostatniej zgłosce. Kindry najsympatyczniejsze pod słońcem!
Defilują przed nami w tańcu a śpiewie zespoły rdzennie krakowskie i inne, pod — czy przedmiejskie, więc z Zielonek, z Prądników rozmaitego koloru, z Borku Falęckiego, z Zakrzówka, lecz najlepsi są ci z Zielonek. Widać, kierownik szkoły, zasłużony wielce p. Karkoszka, dba o to, aby wniwecz nie poszły dawne obyczaje czy obrzędy, więc oprócz Gwiazdki obsługuje także Wielkanoc, wysyłając na wieś tzw „Pucheraków” (od łacińskiego „pueri” - chłopcy, żacy).
A teraz na próbę przed komisją wystąpili w pełnym rynsztunku i pokazali misterium, składające się z dwóch części, pierwsza poważna z Herodem i świtą, z aniołem, który przechodzi mutację, ze śmiercią i z diabłem rogatym, druga zaś część wyłącznie wesoła. Zwłaszcza scena żyda i kozy przepyszna i, jak mi się zdaje, mało znana, pełna zaś soczystego humoru, który może nawet wzbudzić pewne zastrzeżenia ze strony cenzury. Osobiście wypowiadam się za całkowitą swobodą, uważając, że jakiś dekret szopkowy byłby nie na miejscu. Prasowy aż nadto czyni zadość wszelkim potrzebom. Kapitalne intermezzo: żyd, taki przedwojenny, trochę przerysowany, a równocześnie, jakby powiedział Słonimski, kameralny żyd, wjeżdża na kozie-turoniu, które to emploi wymaga nie tyle talentu co siły fizycznej wykonawcy. Koza zrzuca jeźdźca na ziemie, za co dostaje kijem i od uderzenia pada. Muzykant zwraca żydowi uwagę, że (pardon, ale muszę to zacytować!) koza się zaśmierdzi, żyd wiec zaczyna ją cucić, a tymczasem muzykant łapie na brodzie żyda małe zwierzątko z gatunku naj, naj, naj, ale to już najmniejszych, jakie pasożytują na ludzkim ciele. Po dokładnym obejrzeniu tego robaczka muzykant oświadcza fachowo, że jest to gatunek nieznany w Polsce. Żyd z wielkim hukiem zabija tego owada, którego nazwy nie wymienię i zaznaczę tylko, że rymuje się ona ze słowem „kolenda”. Koza nagle ożyła, a żyd reklamuje zalety jej, mówiąc, że ta koza „ma dwa cycki, jeden tyli, drugi tyćki“. Uciechy mnóstwo. Jest wiec koncesja, jest pochwała i jest pierwsza nagroda dla Zielonek.
Defilują z kolei inne zespoły. Rodziny, matki, żony, ojcowie wszystko to siedzi w powadze pod ścianą, oni zaś śpiewają, tańczą, figlują bez końca. Między innymi występuje niejaki p. Słodykiewicz wraz z czterema synami. Ależ to dynastia cała! (Mieszkają w Prądniku Czerwonym przy ul. Dobrego Pasterza). Patrzę, a dziwuję się tym solistom czy nawet improwizatorom, którzy z szopki krakowskiej robią commedię del' arte, klecąc na poczekaniu przeróżne kuplety pod adresem komisji i jej członków. (Mnie się też coś dostało!). Uwagę w zespole p. Bakały zwraca pewien tancerz, który ma talent iście baletowy. Gdy dostał brawo, chce koniecznie bisować na przekór naszym prośbom, aby dał już pokój.
— Mam życzenie zatańczyć jeszcze jedno!
Musieliśmy zgodzić się. Paradnie wykonał przez siebie samego skomponowany taniec góralski, z którym wystąpić mógłby stanowczo na szerszej arenie. To najlepszy solista! Jeśli zaś idzie o organizacje tych trup, zastanawia mnie fakt, że św. Józef z reguły garuje się, nic nie robiąc, podczas gdy inni, zziajani, spoceni wywijają bez końca hołubce. Podejrzewam, że św. Józef jest w tym wypadku plantatorem i że inkasuje za innych, powinna to zaś być tzw. „działówka”. Jako b. dygnitarz ZASP-u, miałbym ochotę podbujać tych aktorów, aby nie pozwolili się wykorzystywać, lecz oni z pewnością dadzą sobie rady beze mnie.
W dwa dni później ta sama komisja zebrała sie pod pomnikiem wieszcza Adama, aby nagradzać najpiękniejsze szopki krakowskie. Pyszny był to widok: pomnik upstrzony przebarwnymi cackami, obwieszony jak choinka. Trudno znaleźć lepsze miejsce na te rewie, boć nie kto inny tylko sam Mickiewicz z katedry w College de France właśnie o takim misterium, o „teatrze, przedstawiającym sceny Narodzenia Pańskiego" prawił, podnosząc jego wielkie znaczenie dla rozwoju dramatu polskiego.
Nie gniewał się więc z pewnością Mickiewicz za to, że u stóp jego pomnika stanęła hurma szopkarzy i pokazała wyklejone złotem cuda nad cudami. O, napracowali się setnie rozmaici biedni ludzie, majstrując wieże tak strzeliste i tak piękne, że aż hejnał na ten widok zagrał z wielkiej radości!
Nagród było wielkie mnóstwo zarówno w gotówce jak w naturze. I nawet pewnej firmie, do niedawna znanej z ofiarności, a dziś ze skąpstwa, szanowna komisja zrobiła despekt na mój wniosek, odsyłając nagrodę kompromitująco nikczemną. Niech się ta firma spali ze wstydu! Nie zrobię jej reklamy i nazwiska nie wymienię! Chyba, że poprawi się na przyszły rok...
Rozdając zaś te nagrody, mówiliśmy to samo, co przed dwoma dniami usłyszał od nas i Herod i gardehetman i anioł przechodzący mutacje i wszyscy ioculatores Dei, powtarzaliśmy zatem w kółko: Wesołych Świąt!
Czego i moim Czytelnikom najserdeczniej życzę!
A ja się jeno skromnie do tych życzeń dołączam i żywię nadzieję, iż tekst sprawił Wam radość!



0 komentarze:
Prześlij komentarz